Przyczyny lekomanii cz. I

W ubiegłym tygodniu spędziłem trzy miłe wieczory przy grillu, w towarzystwie moich rodziców, żony, jednego z braci, który przyjechał z swoją żoną, synkiem i nowo narodzoną córeczką (pierwszy raz ją widziałem).. Nie chodzę jeszcze regularnie do sklepów, supermarketów, instytucji itp (zakupy robi żona), ale od czasu do czasu jedziemy do rodziców w gości, można by rzec, że poruszam się na razie po znanych szlakach..dobre i to.., 3 lata temu prawie wcale z domu nie wychodziłem ..Mała, jak to noworodek, albo spała, albo ssała pierś, albo darła się, największą frajdę miałem w kontakcie z 2-letnim bratankiem, którego dawno nie widziałem ..Gdy mnie zobaczył, w oczach pojawiła się niepewność i skrępowanie, ale powoli, powoli w końcu oddał mi jedną z swoich kredek i pozwolił narysować coś w swojej kolorowance:)..Super fajny, mały gość w małej baseballowej czapce na głowie i w granatowej bluzie kangurce, którego wszędzie pełno:)..Jednakże prawdziwych punktów nałapałem wtedy, gdy zaprowadziłem go do jednego z pokojów w piwnicy, gdzie trzymam swój zestaw perkusyjny (perkusję), posadziłem go na stołku, włożyłem do małych rączek pałki, no i wtedy się zaczęło!bębny, talerze poszły w ruch, hałas jak nie wiem!

Ale co tam,… gdy oto właśnie stajesz się świadkiem narodzin nowego talentu:) ..Następnego dnia czekał ponoć na mnie, aż znów przyjdę i go tam zaprowadzę..to jest chyba właśnie jedna z tych chwil, którą można zaliczyć do uroków życia:)..

Kontynuując główny wątek bloga i swoje rozważania na temat uzależnienia od benzodiazepin postanowiłem w tym wpisie poruszyć kwestię przyczyn, czyli czynników które w moim mniemaniu złożyły się na to, że wpadłem przed laty w uzależnienie od leków uspokajających..

Wg tego, co teraz o sobie wiem, o czym już wspominałem, lekomania w moim przypadku była fragmentem większej całości, wierzchołkiem „góry lodowej”, pod którą znajdowała się niewyleczona w właściwy sposób fobia społeczna, agorafobia..

Wg obecnej teorii psychologicznej (wiem to, od specjalisty leczenia uzależnień) przyczyną wszelkich nałogów, coś co można też nazwać predyspozycjami do uzależnień, jest to co się ogólnie określa czynnikami psycho-bio-społecznymi. jak ja to rozumiem (?).. a tak, że „psycho”, to to co mamy w głowie, czyli naszej psychice, przekonania kluczowe, poglądy, myśli, wyobrażenia, o sobie, o innych ludziach, o otaczającym świecie, często fałszywe, niezdrowe, ograniczające, „bio”, czyli cała biologia naszego organizmu, konstrukcja CUN, temperament, czy jesteśmy wrażliwi, czy jak to się czasem określa „gruboskórni” (?)..- „społeczne”, czyli to w jakim środowisku dorastaliśmy (?), jak byliśmy wychowywani przez naszych rodziców, opiekunów (?), jakie panowały relacje w naszym domu rodzinnym, system wartości (?) jakich mieliśmy kolegów, jakie środowisko szkolne, (?) co nam się przydarzyło w życiu (traumy) (?)..

A teraz konkrety..

Jednym z czynników, który w przeszłości bardzo komplikował mi życie, to był mój chorobliwy perfekcjonizm! dążenie do bycia idealnym we wszystkim co robiłem lub zamierzałem robić, „naj” pod każdym względem..Z tego perfekcjonizmu ja wciąż się leczę..Potrzeba, a nawet konieczność robienia wszystkiego w 100% dobrze, bez żadnego prawa do „ludzkiej” słabości i pomyłki..Nie którzy pomyślą może,że jak to (?!) perfekcjonizm to przecież coś dobrego, mówi się nawet czasem z wielkim uznaniem, że ktoś zrobił coś perfekcyjnie, bezbłędnie..No tak, tylko, że ja nie mówię o jednej rzeczy, która nam powiedzmy w 100% wypaliła i jesteśmy z siebie dumni, a inni nas podziwiają.., bo takie rzeczy się zdarzają i oby jak najczęściej..ja mówię tu o ogólniej postawie życiowej niektórych ludzi, którzy czują konieczność, a nawet przymus bycia NAJ w każdej dziedzinie swojego życia, a nawet tą postawą zatruwają życie innym (swoim partnerom, dzieciom, pracownikom)..

W tym miejscu dodam,że 100% perfekcjonista to taki człowiek, który nie akceptuje żadnych kompromisów w stosunku do siebie! nie cieszą go połowiczne lub częściowe sukcesy i tak samo wysokie wymagania ma w stosunku do innych..

Prawdziwy perfekcjonista musi robić wszystko na 100%, bo jeśli zrobi na 75-80 % to przeżywa niezadowolenie, a czasem nawet dramat, jakby doświadczył niepowodzenia.., tu obowiązuje zasada „wszystko albo nic”, sukces jest tylko wtedy, gdy jest 100% wyniku, a 65%, 75%, 80% jest traktowane jako 0 %, porażka! Jeśli nie jest najlepszy, postrzega siebie jako beznadziejnego, co gorsza, jeśli w swoim przeświadczeniu uważa,że nie jest w stanie wykonać czegoś rewelacyjnie, na 100%, to nawet nie zabiera się za daną czynność..

A przecież jakby tak spokojnie, dobrze się zastanowić, pomyśleć i na zasadzie prostych, wręcz banalnych rozważań, przeliczeń na poziomie „przedszkolaka”, można by obiektywnie stwierdzić , że jest „źle”, wtedy gdy nam w ogóle nic się nie uda, czyli 0 %, zupełny brak sukcesu, klapa, porażka, prawda?..
A gdy coś zrobimy dobrze na 15- 25% to można by powiedzieć wciąż słabo, ale już LEPIEJ, może to nawet jakaś „obietnica” większej poprawy w przyszłości (?) ..no ale fakt, nie ma za wiele powodów do radości..

Jak coś nam się uda na 40-45 % to można by rzec, PRAWIE POŁOWA ! I że idzie konkretnie na lepsze, choć wciąż poniżej naszych oczekiwań i pełnego zadowolenia nie ma..
Gdy coś się nam uda na 60-65% to można by śmiało powiedzieć, że jest konkretny powód do radości, bo wykonaliśmy daną czynność, zadanie w 65% dobrze, czyli WIĘCEJ DOBRZE, niż ŹLE, bo aż 65% ,a źle tylko 35%, prawda ?..
A gdy osiągniemy pułap powiedzmy 75-85% to można by uznać to za prawdziwy sukces!! przynajmniej moim zdaniem, zrobiliśmy coś w PRZEWAŻAJĄCEJ ilości dobrze!,a TYLKO w 25-15% źle..czy to nie logiczne?

Stały, regularnie uzyskiwany wynik, na poziomie 100% to domena komputerów, maszyn cyfrowych, precyzyjnych, nie człowieka, a i te się zacinają, zawieszają, infekują, psują, bo są niedoskonałe, a co dopiero człowiek, który jest istotą żywą, nie maszyną, w dodatku z swej natury, choć na wyższym szczeblu ewolucji, niż inne ziemskie stworzenia, to omylną, która czasem choruje, czasem ma gorszy dzień, albo po prostu „ma lenia”, a w inne dni nadrabia i potrafi pracować nawet na „150%”..
Postawa wyrażająca przymus robienia wszystkiego najlepiej, najszybciej, najwięcej, zawsze i to w wszystkich dziedzinach życia sprawia, że tacy ludzie są stale spięci, czujni, zestresowani, sztywni, mogą mieć problem z spaniem, nie ma tu miejsca na swobodę, przestrzeń, „luz”, wszystko musi być cały czas na medal, pod kontrolą, ciągły lęk przed wpadką, błędem, ciągłe frustracje, bo ideały zwykle mają to do siebie,że są nieosiągalne.. i jeśli rozłożymy to na wszystkie dziedziny życia (nie jedną!) robi się z tego prawdziwy koszmar, choroba!

Oczywiście są zawody, w których nie ma miejsca na błędy: saper, neurochirurg wykonujący poważną operację mózgu itp. są też dziedziny życia, w których staramy dawać z siebie więcej i wykonywać pewne rzeczy naprawdę dobrze (z sercem), najlepiej jak umiemy, ale myślę,że są też takie, w których możemy po prostu śmiało dać sobie „fory” i być gorsi..

Oczywiście cywilizacja, ogólny trend, by piąć się na szczeblach kariery, dążyć do sukcesu za wszelką cenę, pośpiech, rywalizacja tzw „wyścig szczurów”, w który wpadają niektórzy ludzie często narzucając sobie, swoim dzieciom wymagania nie do sprostania, to czynniki które raczej agitują do tego by robić coś „szybciej, więcej, lepiej”, reklamy coraz to bardziej wypasionych samochodów z ekranu telewizora wołają do nas zalotnie, ale czy naprawdę musimy temu wszystkiemu ulegać (?!) czy musimy zaraz mieć samochód, dom, sprzęty z NAJ-wyższej półki, by móc szczęśliwie żyć (?!)..

Jeśli ktoś dziedziczy przekazywany przez pokolenia majątek, to nie ma sprawy, ale jeśli tak nie jest i aby utrzymać tak wysoki standard będziesz musiał zaciągać stale wysokie kredyty i wiecznie TYLKO pracować, pracować i jeszcze raz pracować! ..to w twoim życiu nie będzie miejsca na odpoczynek, relaks, hobby, czas dla dzieci (dobre, zdrowe, świadome rodzicielstwo), spotkania z przyjaciółmi..

Słyszałem taką historię, że kiedyś do jednej ze szkół, na lekcję wychowawczą zaproszono starszego pana, kombatanta,by ten opowiedział o wojnie..Człowiek ten za czasów okupacji został wywieziony na roboty do Rzeszy, do pracy w polu, przy koszeniu i ładowaniu zboża na wozy..Praca bardzo ciężka, ponad ludzkie siły, warunki, jedzenie straszne, ludzie niedożywieni padali w upale jak muchy..

Zapytany, jak udało mu się to wszystko przeżyć (?!) ..odpowiedział, że stojąc na wozie łapał co drugi snopek (w przeciwnym razie nie wytrzymałby tempa)..Może my też powinniśmy zwolnić, machnąć ręką i pozwolić sobie na to, by jakiś „snopek” poleciał obok nas, gdzieś dalej (?)..może złapie go ktoś inny (?)
Na koniec tego wpisu chciałbym zamieścić pewien obrazek, wykres, który narysował mi kiedyś psychoterapeuta na jednej z sesji.., prawdę mówiąc rysował mi go na dużym arkuszu papieru, przypiętym do tablicy nie raz (zabierałem ten papier później do domu i studiowałem rozkładając na dywanie)..

Wykres który przedstawiłem na dole, pod wpisem, to tzw krzywa Gaussa, jedna z najbardziej znanych nauce krzywych, która ma zastosowanie w wielu dziedzinach (także psychologii)..Przedstawia ona występującą w świecie tzw szeroko pojętą różnorodność materii i nie materii, czyli dosłownie wszystkiego, ludzi, ich wyglądu, charakteru, cech osobowości, przekonań, poglądów, gustów, upodobań, zwierząt, krajobrazów, zjawisk WSZYSTKIEGO!

Właściwie można powiedzieć, że takich krzywych Gaussa jest bardzo wiele i można by prawdopodobnie odnieść kolejno do różnych tematów, ponieważ jest to wykres szerokiego tzw „rozkładu normalnego”, a w jego zakresie zawartych różnych „odcieni” i możliwości, obecnego pomiędzy skrajnościami, które z natury swej nie są niczym dobrym, ani zdrowym..Zrobiona przeze mnie krzywa (rysunek poniżej) opiera się na tym, co widziałem i czego dowiedziałem się na swojej terapii..

Być może to nic odkrywczego dla przeciętnego zjadacza chleba, ale dla  mnie jako byłego perfekcjonisty, wychowanego od dziecka przez rodziców perfekcjonistów, którzy prawdopodobnie zostali wychowani również w takim samym duchu, było  totalną nowością Od zawsze żyłem w przeświadczeniu, że wszyscy ludzie mają taką postawę i prezentują podobny zbiór przekonań i tak wygląda „normalność”, w rzeczywistości okazało się, że zarówno ja, jak i moi bliscy (rodzice,żona), pomimo tego,że różnimy się od siebie w pewnych aspektach,to znajdujemy się w prawym ekstremum..

Kusi mnie, by zaryzykować stwierdzenie (może nie słusznie (?).),że to właśnie wśród ludzi uzależnionych, lekomanów, alkoholików, lub ludzi, którzy cierpią na zaburzenia nerwicowe, depresyjne, bezsenność jest najwięcej perfekcjonistów, w dodatku wrażliwców, którzy by ulżyć sobie w tym stałym napięciu korzystają z „chemii”, bo mają taką osobowość, że inaczej nie potrafią się „wyluzować” , stawiają sobie zbyt wysokie cele, przeżywają byle pomyłkę tak mocno, że nie potrafią poradzić sobie z tym w konstruktywny sposób i uciekają w różne nałogi.., to tacy ludzie zażywają Stilnox na noc, bo przed snem „międli” im się w głowie, czy wszystko zrobili jak należy i co mają zrobić jutro, do tego lęk, by nie popełnić żadnej pomyłki, a może zaplanowali sobie zbyt wiele naraz i teraz boją się że nie dadzą rady (?)

Myślę,że uświadomienie pewnych faktów, to połowa sukcesu, ale niestety w przypadku chorobliwego perfekcjonizmu, jako względnie stałej cechy osobowości, jest tak, że nie wystarczy uświadomić sobie, że mamy taki problem, nie wystarczy spojrzeć na wykres i powiedzieć „aha”..Niestety jak to mówi psychoterapeuta do którego uczęszczam, zostaliśmy „wytrenowani” przez lata, by być właśnie tacy, tylko za 100% sukcesu dostawaliśmy „głaski”, czyli upragnione, nieczęste przejawy miłości.., w takim razie teraz musi trochę potrwać, byśmy mogli oduczyć się myślenia, nawyków, „automatu”,  to proces, który często wymaga pomocy z zewnątrz, psychoterapii, która jest jakby formą „kursu” oduczania się „starego” na rzecz „nowego”..
Na początku wpisu wspomniałem, że jedną z przyczyn mojej lekomanii, właściwie fobii społecznej..i lekomanii był perfekcjonizm.., kolejnym, częściowo wynikającym z tego pierwszego, była bardzo niska samoocena, poczucie gorszości, ogólnej wadliwości, związana z tym kompletna niewiara w siebie, ale o tym w następnym wpisie..cdn

Pytania do lekomana (?).. – cz.II

Jestem pewien, że zrealizujesz swoje zamierzenia.. (cd mojej odpowiedzi na zadane mi przez Osobę nr 2 pytanie, które znajduje się w wpisie pt „Pytania do lekomana (?).. – cz. I”) znajdziesz pracę i mężczyznę (głęboko w to wierzę), jeśli tylko pozwolisz sobie pomóc, skorzystasz z fachowej pomocy (terapia leczenia uzależnienia, psychoterapia leczenia nerwicy), wytrwasz w abstynencji, a determinacja twoja będzie na tyle duża, że pomimo, co tu dużo mówić, poważnych niedoskonałości w państwowej służbie zdrowia, braku odpowiednich miejsc do detoksykacji, terapii przeznaczonych stricte dla lekomanów oraz dobrych, sprawdzonych programów terapeutycznych poradzisz sobie jakoś, przetrwasz  trudne chwile, kiedyś słyszałem z ust mądrego człowieka, że jak ktoś naprawdę chce nie brać, to prędzej, czy później znajdzie odpowiednią pomoc ..Druga sprawa to leczenie „problemu pierwotnego” ..Ciężko jest leczyć się z takich problemów samemu, bo zaczynamy brać „twarde” uspokajacze, zwykle z bardzo konkretnych powodów (na zwykły stres dnia codziennego ludzie biorą leki ziołowe, hydroksyzynę),..

a stany lękowe, napady paniki, nerwica są czymś o wiele poważniejszym, niż zwykłe niepokoje i obawy.. To wynik (objawy) naszych nieuświadomionych „konfliktów wewnętrznych” i sami nie jesteśmy w stanie dotrzeć do ich sedna (to jakby próbować wyciągać się samemu za włosy z rzeki)..

Masz dopiero 35 lat, ehh..co ja bym dał, żeby mieć tyle (jestem 10 lat starszy), sam mam jeszcze różne plany, właściwie to dopiero teraz je mam, kiedyś nie miałem za grosz wiary w siebie, w swoje myślenie, zdanie, inicjatywę..robiłem tylko to co mi kazano, czego ode mnie oczekiwano, jak „zaprogramowany automat”, z „chipem” włożonym „w głowę” z gotowym programem komputerowym (instrukcje na życie)..Taki zbiór ścisłych, sztywnych norm (dogmatów), systemu wartości do których należy dążyć, różnych innych przekonań są często przekazywane w rodzinach przez pokolenia!

Osoba 3. „Witam. To nie jest przypadek, że znalazłam Twojego bloga. Widzę w Twojej walce moje życie, moją walkę i rozpacz. Od 8 lat jestem uzależniona od benzodiazepiny Sedam 3mg ..

Niestety teraz po 8 latach jestem na 6 mg a coraz częściej na 9 mg. Biorę rano, zaraz po przebudzeniu pierwsza moja myśl to Sedam . W ciągu dnia gdy mam stresująca sytuacje lub jakieś spotkanie, na zaś by było mi lepiej i żeby nic się nie działo i na noc..

Chodzę do różnych lekarzy nie mam jednego psychiatry , zdarzało się ze gdy kilka razy byłam u jednego lekarza to proponował mi pobyt w szpitalu albo powolne schodzenie w domu za pomocą innych leków. Spróbowałam raz, byłam już tak zdesperowana, że wzięłam skierowanie od psychiatry i zgłosiłam się na oddział odwykowy , ale to jest oddział głównie dla ludzi z problemem alkoholowym.

Nie dałam rady wypisałam się po tygodniu. Wiem ze w domu nie mam szans aby wyjść z tego bagna . Czytałam jak pisałeś ze miałeś prochy zawsze przy sobie , jak ja to znam, mam je zawsze przy sobie i u lekarza jestem zawsze gdy mam jeszcze listek, bo co zrobię gdy nagle coś wyskoczy i nie będę miała leku. To jest koszmar dla mnie dla mojego męża i dzieci. Jeszcze jedna rzecz, wkrótce wyjeżdżamy za granicę i nie wiem co ja zrobię , jak ja zdobędę Sedam . Moim marzeniem jest wyjść z nałogu, jestem po 30-stce i boję się co ze mną będzie za kilka lat?

(odpowiedź) To smutne co piszesz, współczuję! Doskonale wiem, co przeżywasz :(..Też uważam, że to nie przypadek, że trafiłaś na moją stronkę.., jak sądzę twój problem z BDZ spędza Ci sen z oczu i szukasz informacji, jakiejś pomocy.. Niestety za kilka lat, o ile nie zaczniesz leczyć swojej choroby (uzależnienia) i problemów, bo przecież z jakiegoś powodu zaczęłaś przyjmować benzodiazepiny (?), z 9 mg Sedamu może zrobić się 12 mg..15 mg i tak w górę itd. :( (taka prawda)

Wydaję mi się, że jest też tak, że im dłużej, tym gorzej.. benzodiazepiny, w przypadku osób predysponowanych, strasznie „kotwiczą się” w psychice i nawet jak już nie działają, czy działają słabiej, to człowiek trzyma się ich jak tonący tratwy (dotyczy to zarówno uzależnienia od rosnących, wysokich dawek, jak i stałych, niskich, terapeutycznych)..

Piszesz, że marzysz o wyjściu z nałogu, że to twoja zmora, twojego męża i dzieci i że wyjeżdżasz za granicę..nie wiem,czy chodziło Ci o turystyczny wypad (?), czy wyjazd na dłużej, do pracy, „za chlebem”, w poszukiwaniu lepszej przyszłości (?), o ile w tym pierwszym przypadku nic takiego się chyba nie dzieje (nie namawiam ludzi do „gwałtownych” ruchów, wato się najpierw dobrze zastanowić, gdzie i jak się leczyć), to w drugim przypadku może to być kłopot, bez względu na to, czy chcesz i zamierzasz się leczyć, czy trwać w nałogu..

W pierwszym przypadku to moim zdaniem kwestia możliwości leczenia poza granicami, ubezpieczenia , finansowania terapii, o ile możliwości mogą być większe (zależy od kraju), to może być to droga sprawa dla Polaka, no i najważniejsza kwestia, znajomość języka, na tyle biegła, by móc swobodnie uczestniczyć w psychoterapii, najpierw odwykowej (poznanie mechanizmów uzależnienia, zatrzymywanie myśli i zachowań nałogowych), a później psychoterapii leczenia problemu pierwotnego (nerwicy,fobii, zaburzenia osobowości) lub obu tych terapii prowadzonych równocześnie..

Jestem zwolennikiem teorii, że sam detoks rzadko kiedy wystarcza, bo nie można zabrać człowiekowi leków (benzodiazepin) i pozostawić go z „niczym”! Po długim okresie zażywania tych środków, a po wielu latach już na pewno po odstawieniu tabletek pojawia się wielka „pustka” (uzależnienie psychiczne), człowiek potrzebuje wsparcia, fachowej pomocy jak sobie z nią radzić, uzależnienie to nie fanaberia, to choroba!

Wiadomo,że żyjemy w trudnych czasach, szukamy różnych sposobów, źródeł dochodu, by godnie żyć, ale czasem trzeba plany zawiesić na „kołku” na jakiś czas, rozważyć priorytety, zastanowić się nad rozpoczęciem leczenia (rozumiem,że alkoholowy detoks nie przypadł Ci do gustu, mnie także nie:).. ale może ambulatoryjnie plus psychoterapia indywidualna pod okiem psychoterapeuty leczenia uzależnień ??..), bo (wybacz, że tak wprost) za „chwilę” możesz stracić męża, stracić dzieci:(, bliscy zejdą na dalszy plan , pochłonie Cię „wędrówka” po lekarzach, w celu zdobycia odpowiedniej ilości benzodiazepin, a „pomiędzy” będziesz stale „przyćpana”, zaspana, niechętna do zabawy z swoimi pociechami, nie mówiąc już o obcowaniu z mężem..

Niestety, chyba jest tak, że przyjmowanie benzodiazepin latami, uzależnienie od nich jest wciąż przez ludzi bagatelizowane, uważane jako mniejsze zło, to przecież leki przepisywane przez lekarza, nie alkohol, ani narkotyki zdobyte u dealera!..więc tak do końca nie wiadomo,czy to uzależnienie, czy nie uzależnienie (?) może nie (?) więc chcę, planuje się leczyć, ale może nie teraz, kiedyś (?)..

A co być powiedziała, gdyby stwierdzono u Ciebie nagle, tak z dnia na dzień raka?! (broń Boże, nie życzę Ci – odpukać!:)..) Mam tu na myśli raka złośliwego powiedzmy w bardzo wczesnym stadium, jeszcze bez przerzutów..Potwierdziłby to wynik tomografii, bezlitosna diagnoza, czy odłożyła byś tą sprawę na „później” i pojechałabyś do pracy za granicę, czy rzuciłabyś wszystko i natychmiast rozpoczęła konsultacje z lekarzami, by wdrożyć właściwe leczenie??..

Psychoterapeuta terapii uzależnień (psycholog kliniczny) do którego jeżdżę powiedział mi kiedyś coś takiego, cytuję „ różnica między nowotworem złośliwym, a uzależnieniem jest między innymi taka, że z raka czasem można się wyleczyć, a z uzależnienia nigdy..” Oczywiście można odstawić leki, pracować nad sobą i żyć szczęśliwie, ale ta skłonność pozostaje do końca życia i po prostu trzeba zaakceptować ograniczenia jakie powoduje ta choroba i podobnie jak cukrzyk żyć na „diecie”, pilnować się, unikać fizycznego kontaktu z benzodiazepinami, miejsc, czasem osób, które kojarzą się nam z zdobywaniem leków,.. informować lekarzy u których się leczymy, by nie proponowali nam tego typu leków

Jeśli jednak postanowisz lub będziesz musiała brać dalej, to wiedz, ze np w krajach bardziej rozwiniętych służba zdrowia jest już często skomputeryzowana i każdy pacjent posiada kartotekę, która znajduje się w bazie danych, gdzie znajdują się wszystkie informacje o tym, jakie leki, kiedy, w jakich dawkach i przez jakiego lekarza były przepisywane danemu pacjentowi..Coś takiego jest w np. w USA (w Polsce ten system zaczyna być powoli również wdrażany), spotkałem się także z tym, że w przypadku nie których firm zatrudniających ludzi (Wielka Brytania – Tesco) przed przyjęciem pracy wykonywane są testy na obecność narkotyków i benzodiazepin..cdn

Pytania do lekomana (?).. – cz.I

Przepraszam, za mała przerwę w pisaniu, miałem trochę zajęć i obowiązków, w związku z tym „jadę” od razu z dwoma wpisami..Od czego by tu zacząć ?! Może od tego, do czego zbierałem się już od jakiegoś czasu, mianowicie: zdecydowałem się założyć na swoim blogu taką kategorią i blog wpisów, ze względów praktycznych, ponieważ dostaję czasem maile z różnymi pytaniami od osób, które albo same mają problem z uzależnieniem od leków uspokajających (benzodiazepin), ewentualnie nasennych albo ktoś z bliskich im osób cierpi na tą chorobę.. Bardzo współczuję wszystkim, łączę się w cierpieniu, kibicuję w walce z nałogiem, jako osoba znająca sprawę z autopsji doskonale wiem jak to cierpienie, jak trudno jest leczyć..Niestety, z braku czasu nie jestem w stanie większości odpisać, w dodatku wyczerpująco, za co bardzo, bardzo przepraszam!:( Próbowałem to robić, ale okazało się, że więcej czasu poświęcam na pisanie odpowiedzi na maile, niż na pisanie samego bloga:),przez co prawdopodobnie skorzystało by mniej osób..

 niż przypuszczalnie mogłoby, gdybym skupił się na samym blogu..Stąd wymyśliłem taki cykl wpisów pt „ Odpowiedzi na pytania”..

Zamierzam (o ile będę dostawał jeszcze jakieś pytania na skrzynkę, formularz kontaktowy tudzież w komentarzach) „przetykać” główny wątek swojego bloga w którym piszę o swoich doświadczeniach z przeszłości, teraźniejszości, refleksjach, przekonaniach i który będę oczywiście nadal kontynuował, wpisami zawierającymi pytania osób uzależnionych i moje odpowiedzi..Oczywiście, żadnych nazwisk, imion, nazw miast itp. na blogu nie zamieszczę, tylko treść! Mam zamiar pomijać lub zmieniać szczegóły, które mogłyby kogokolwiek lub cokolwiek ujawnić..

Jednakże drogi czytelniku mojego bloga (o ile w ogóle istniejesz (?) :) pamiętaj, że nie jestem żadnym specjalistą !!! Wyznaję osobisty pogląd, że aby poradzić sobie z chorobą jakim jest uzależnienie, nerwica, fobia lub depresja itp. konieczne jest leczenie specjalistyczne z udziałem psychologa, psychoterapeuty uzależnień, psychiatry!!

Jeśli chodzi o mnie, to wprawdzie nie zażywam już benzodiazepin, ani leków nasennych od ponad 5 i pół roku i mam za sobą sporo z tym związanych różnych doświadczeń, ale wciąż jestem pacjentem, uczęszczam mozolnie 1 raz w tyg. na terapię, borykam się wciąż z różnymi problemami i przeciwnościami losu, ale też widzę pozytywy, które zaczynają pojawiać się w moim życiu..

Przechodząc do meritum:

Osoba 1. „Planuję zabrać uzależnioną od BZD osobę gdzieś na łono przyrody i pomóc jej w rozpoczęciu wychodzenia z nałogu.

Wiem, że to nie jest optymalny plan, ale trzeba zrobić jakiś początek…Byłbym wdzięczny za wskazówki jak powinienem się w takiej sytuacji zachowywać. Jak mogę pomóc?..

(moja odpowiedź): Pomysł moim zdaniem z założenia wydaje się być fajny, pod warunkiem, że nie masz na myśli tu jakichś radykalnych ruchów, typu,że wywieziesz ją w daleką głuszę, na odludzie, aby była z dala od pokus ( benzodiazepin), lekarzy, aptek, zamkniesz ją w drewnianej chacie na skobel, będziecie odżywiać się tym co upolujesz i złowisz :)..

A tak poważnie, to moja opinia jest taka, że najbezpieczniej (niekoniecznie komfortowo w realiach publicznej służby zdrowia) było by, gdyby ta osoba zdecydowała się na odstawianie benzodiazepin na oddziale detoksykacyjnym, jakimś innym szpitalu..trochę info na ten temat znajdziesz w moim wcześniejszym wpisie pt„Gdzie odstawiać leki uspokajające (benzodiazepiny)?”, który w będę starał się uaktualniać, jeśli czegoś nowego się dowiem..

Jeśli jednak nie chce tam iść i woli to robić ambulatoryjnie – ja na pewno odradziłbym wszelkie „samowolki”, spontaniczne pomysły, by robić to na własną rękę i jeszcze nagle, odstawiając wszystkie leki naraz! ..masa ludzi robi coś takiego, chyba po to, aby przekonać się, czy dadzą radę i w nadziei, że dadzą.., często nie dają… a później się zrażają, mają traumę i dochodzą do wniosku,że się nie da! :(..(przepraszam, za to da, da ,da..), to ja sugerowałbym Wam bezwzględnie, ze względów bezpieczeństwa zacząć od wizyty i konsultacji z jakimś dobrym spec. psychiatrą !

On zdecyduje, czy twoja znajoma / znajomy może gdzieś wyjechać, ustali tempo odstawiania, chodzi o to, że niektóre osoby podczas odstawiania BZD dostają padaczki (znam takie przypadki) i co wtedy zrobisz w lesie, daleko od miasta (?!).. Jeśli jednak benzodiazepiny będą odstawiane stopniowo, powolutku np Clonazepam 0,25 mg na 2-3 tygodnie (można dłużej), Xanax, Afob, Alprox (Alprazolam) podobnie, a lekarz równolegle wraz z „odstawką” będzie wprowadzał leki przeciwdrgawkowe i stabilizujące nastrój stosowane właśnie w leczeniu padaczki i innych schorzeń (lamotrygina, karbamazepina, pochodne kwasu walprionowego) oraz jakiś lek antydepresyjny z grupy SSRI lub inny, wtedy na pewno bezpieczniej jest odstawiać..

Należy wziąć pod uwagę fakt, że większość SSRI zaczyna działać dopiero po 1-2 tyg, a pełne działanie osiąga nawet po 1-2 miesiącach

Później można umówić się z lekarzem na wizyty (jeśli wyrazi zgodę), w zależności od potrzeb i samopoczucia 1 na 1-2 tyg i pojechać sobie na łono natury..

Kolejna sprawa, musisz pamiętać, że podczas odstawiania benzodiazepin występuje duża nadwrażliwość zmysłów na różne zewnętrzne bodźce, światło, hałas, dotyk, a nawet wzmożony ruch wokół może denerwować,a zwykłe ubranie może podrażniać ciało, to samo z wysoką temperaturą w upalne dni, więc ja bym unikał tłocznych plaż, opalania się na ten moment, a wybrałbym jakieś spokojne, ocienione miejsce..

Osoba 2 ..”Witam, Pana, panie Przemku..Ja też znam temat uzależnienia od leków, niestety z własnego doświadczenia. Od 3 miesięcy i 2 tygodni nie zażywam Clonazepamu…To już moja druga „odstawka” okupiona fatalnym samopoczuciem:-(..

Mam 35 lat, nie pracuję :-( szukam pracy, jak się trochę jeszcze podkuruję zacznę szukać też mężczyzny, ale spokojnie, wszystko po kolei:-), mam nerwicę i jestem uzależniona od benzo..

..teraz w stanie w jakim znajduje się moja psycha i motoryka są mikre…ogólnie to ja się tak dziwnie czuję jakbym miała jakąś żałobę:-(, taki duży, głęboki smutek w środku, mój psychiatra zapisał mi lek z grupy neuroleptyków fluanxol, ale jakoś słabo mnie on aktywizuje, jestem mało wydajna i jak na mnie bardzo spowolniona, deprecha mi się zrobiła jakaś niemała przy tym ostawieniu:-( ..Napisz mi proszę kilka ciepłych słów,że ten dziwny stan minie i jeszcze wszystko będzie ok, a ja będę działać na pełnych obrotach, znajdę prace i męża, ze będę jeszcze kochać i żyć pełnia życia..Dodam ze ja tego clona jadłam nawet do 6mg dziennie”.

(odpowiedź) Jasne, że minie! :) to co nazywasz „deprechą”, obniżeniem nastroju, taki „opad”, spadek chęci do działania to raczej typowe objawy po odstawieniu benzo-, Leki te, będące lekami uspokajającymi, biorąc pod uwagę ich mechanizm i profil działania powinny uspokajać, tłumić, spowalniać i tak też działają, ale paradoksalnie, w przypadku osób uzależnionych od benzodiazepin często wykazują działanie aktywizujące, pobudzające, „rozjaśniające umysł”, a więc poprawiające wydajność (u mnie też tak było)..

Jest to moim zdaniem odbiór dość subiektywny i zaburzony, bo leki te spowalniają, obniżają refleks, zdolności psychomotoryczne, ale tak jak alkoholik lub po prostu jakaś osoba po wypiciu sporej ilości wódki zamienia się w „króla miasta”, „mistrza dowcipu”, kogoś komu wydaję się, że ma taką moc, że mógłby przestawiać góry, zostać wybitnym politykiem itp. (może nie do końca to adekwatny przykład, chociaż (?)..) podobnie może jest z benzodiazepinami i ich działaniem..

Dla ciekawostki napiszę, że jak byłem na terapii odwykowej to był na niej jeden narkoman, notabene świetny facet, przystojny, wesoły, dowcipny (jeden z czworga narkomanów na turnusie), który popijał wieczorami tzw „czaj”, akurat w tym przypadku był to napar z połowy blaszanego pudełka mocnej, czarnej, sypanej herbaty! Sądzę, że jedna łyżeczka wystarczyła by każdemu do zaparzenia szklanki zwykłej herbaty..

Chłopak często łapał różne doły, bolały go mięśnie, różne stawy, twierdził, że taki napar go uspokaja, zastanawiałem się wtedy jak to możliwe (?!).., bo gdybym ja wypił coś takiego, to ciśnienie skoczyło by mi chyba do 200-stu, serce waliło by jak ckm, a oczy wypadły z orbit! :( ..Pamiętam też jednego alkoholika na terapii, który wypijał 10 kaw dziennie.., ostatnią 10-tą wypijał przed samym snem będąc już w piżamie, twierdził, że w żaden sposób to źle nie wpływa na niego, ani na jego sen..cd w następnym wpisie..

Oddział leczenia nerwic (A) cz.III


Na oddziale nerwic, w trakcie trwania terapii grupowej oraz indywidualnej uzyskałem bardzo wiele cennych informacji zwrotnych zarówno od ludzi z grupy, jak i psychologów, które wcześniej były dla mnie zupełnie nieświadome i niedostępne..Nie twierdzę, że w tamtym czasie umiałem skorzystać z tej wiedzy w jakiś konstruktywny, należyty sposób, bo pomimo tego, że już nie zażywałem benzodiazepin, to miałem chyba zbyt świeżą abstynencję i głowę wciąż w tabletkach..Myślę, że nie miałem jeszcze pełnej świadomości z uzależnienia, byłem młody, nie przeżyłem jeszcze wystarczająco dużo konsekwencji uzależnienia, które w przypadku benzodiazepin nie występują chyba aż tak szybko jak w narkomanii, czy uzależnieniu od alkoholu..Pisałem już w wcześniejszych wpisach o pułapce jaką może nieść ze sobą lekomania, tj leków nie czuć z ust, tabletki nie pozastawiają śladów wkłuć na rękach, więc trudniej jest je wykryć w pracy i można też długo myśleć o tym uzależnieniu jako o czymś niegroźnym, bo (powtórzę się) w końcu to leki uspokajające, przepisywane przez psychiatrę, po to by 
Continue reading

Oddział leczenia nerwic (A) cz II

group-157841_640Zanim będę kontynuował swoją opowieść o klinicznym oddziale nerwic chciałbym napisać o dwu rzeczach po 1. informuje, że zaktualizowałem wczoraj (6.05.2014 r) jeden z swoich wcześniejszych wpisów pt. „Gdzie odstawiać leki uspokajające (benzodiazepiny)? cz.II..” po 2. muszę pochwalić się małym sukcesikiem w walce z fobią społeczną i agorafobią:)..otóż kilka dni temu wracając z terapii, przejeżdżaliśmy z żoną przez centrum miasta niedaleko centrum handlowego i dużego placu targowego, żona miała kupić sadzonki, ja miałem zaczekać jak zwykle w aucie, „okopując się” i zapadając głęboko w siedzenie:), lecz tym razem stwierdziłem,że pieprze :).. i że idę z nią. Kiedyś, będąc na proszkach chodziłem w takie miejsca w miarę bez problemu, a 5 lat temu, gdy odstawiłem benzodiazepiny stare problemy z fobią wróciły z zwielokrotnioną siłą i wizyty w takich miejscach jak rynek, plac targowy, duże supermarkety, centra handlowe, banki, instytucje państwowe, kościół itd. stały się dla mnie nie lada problemem..  Continue reading

Oddział leczenia nerwic (A) cz. I


W tym wpisie postanowiłem cofnąć się w tył, przedstawić dalszy ciąg swoich “przygód” z przeszłości i opisać moje doświadczenia, wrażenia oraz refleksje z pobytu na swojej pierwszej terapii stacjonarnej w jednym z kilku ośrodków terapeutycznych w Polsce, w których byłem.. W roku 1995 w zimie, po opuszczeniu szpitala psychiatrycznego, o którym pisałem na tym blogu trafiłem na oddział leczenia nerwic (dla rozróżnienia nazwę go powiedzmy oddziałem A)..Oddział zajmował, wliczając parter, 2 piętra (w budynku nie było oddziałów psychiatrycznych z chorymi psychicznie), a na nich dość duże 3-4 sale dla pacjentów, po ok 10-12 łóżek (nie pamiętam dokładnie), 2-3 sale różnej wielkości do przeprowadzania grupowych zajęć i psychoterapii, 2 małe salki, gabinety terapeutyczne do prowadzenia sesji indywidualnych, stołówka, aneks kuchenny, jednakże posiłki były dowożone z zewnątrz (ok 300 – 500m) przez pacjentów (dyżury) dwukołowym wózkiem, trzeba było z nim jechać bardzo ostrożnie, aby z wielkich garów nie powylewała się zupa (nie cierpiałem tego!  ..) Continue reading

Lekomania – budowanie trzeźwości. cz.II

 swimming-79593_640...cd Na wszystko potrzeba czasu, nic przecież nie powstaje od razu i z niczego, ale uważam,że każdy dzień zbliża do celu i utrwala naszą trzeźwość…Pamiętam słowa lekomanki z którą korespondowałem w trakcie odstawiania leków i przez rok po ich odstawieniu (namiar e-mailowy otrzymałem od psychoterapeuty), miała wtedy 3 lata abstynencji, pisała mi, „aby do przodu!.. i nie przejmować się”), na terapii odwykowej uczono z kolei, aby żyć „na tu i na teraz” tzn w myśl schematu „okrutna przeszłość” – dzień dzisiejszy – „okrutne jutro” nie dołować się, nie rozpamiętywać złej, często przykrej przeszłości, która JUŻ nie istnieje oraz nie nastraszać się, nie nakręcać przyszłością, której JESZCZE nie ma, żyć dniem dzisiejszym i powtarzać sobie, dziś nie wezmę (nie napiję się), a jutro zobaczymy.Powrót do zdrowia w mojej ocenie często nie jest tylko jakimś jednym krokiem, skokiem, „przełamaniem się” i już…, lecz niejednokrotnie długim procesem rozciągniętym w czasie, na który składa się z wiele pomniejszych, drobnych zmian, które często nie są przez nasze oko w ogóle rejestrowane (wielu spośród uzależnionych to w moim mniemaniu Continue reading

Lekomania – budowanie trzeźwości .cz.I

Wczoraj był ładny dzień, ciepło jak na początek marca, słoneczko pięknie świeciło, tym razem to żona zaproponowała mi wyjazd z psem do lasu, od razu nerwowo zacząłem się zastanawiać, czy aby ostatnio nie byłem jakiś ponury, zrzędliwy, czepliwy (zdarza się mi niestety), czy nie dałem jej czymś popalić (?!).. i czy teraz nie zostawi mnie w tym lesie i z piskiem opon odjedzie (?!), no ale kto by gotował takie dobre obiady (?!) :).. A tak poważnie to zestresowałem się nieco na początku w z związku z swoimi lękami agorafobicznymi, co prawda już mniejszymi, niż 5 lat temu, ale jeszcze obecnymi..Miałem obawy głównie dlatego, bo obudziłem się po nocy zmęczony i strasznie obolały, wciąż miewam sny, w których się bardzo dużo dzieje, społeczne, dynamiczne, czyli wszystko to, o czym staram się nie myśleć za dnia, czasem jest to też wynik jedzenia w nocy, „zajadania stresu”, co też mi się jeszcze zdarzam no i później organizm trawi .No, ale na godzinę przed wyjściem rozciągnąłem się wygodnie na łóżku, z mp3 na uszach, puściłem sobie i wykonałem cały trening progresywnej relaksacji Jackobsona, po którym poczułem się znacznie lepiej.. 

Fakt, jest to dosyć żmudna metoda relaksacji, a właściwie to trening polegający na stopniowym zaciskaniu i rozluźnianiu praktycznie wszystkich partii mięśniowych począwszy od mięśni rąk, przez głowę, szczęki, brzuch, aż po uda i stopy, ale warto ją pieczołowicie i systematycznie ćwiczyć, gdyż z czasem wytwarza się nawyk i ćwicząc go wystarczająco długo można ponoć się tak wprawić, że na samą określoną myśl, przywołania zapamiętanego z tegoż treningu wrażenia można jak na zawołanie wywoływać stan relaksu praktycznie całego ciała (gdy się z jakiegoś powodu „zepniemy”, zestresujemy ) niekoniecznie leżąc, ale np. stojąc w kolejce po mięso!:)..

W lesie było bardzo sympatycznie, pospacerowaliśmy, po oddychaliśmy świeżym powietrzem, kontakt z naturą bardzo relaksuje, dystansuje, pomyślałem sobie jakie to ja wcześniej prowadziłem, jak to mój przyjaciel trzeźwy alkoholik określa „pijane życie”, czyli tempo, pośpiech, amok, bez czasu na jakąś refleksję, myśli czego tak naprawdę chcę od życia ?! Tak z wnętrza siebie, JA, osobiście! zupełnie inne wartości, że do lasu, ani na zwykły spacer nie miałem czasu się wybrać (?!) ..

Fakt, nie nazwę tego jakimś mega sukcesem, bo jechałem przez ruchliwe miasto jak  zwykle na tylnym siedzeniu jako pasażer z psem na kolanach, który strasznie świruje podczas jazdy, ucieszę się w 100% jak na taką przejażdżkę sam pojadę jako kierowca (uwielbiam jeździć samochodem)

Przez pierwsze 1,5 – 2 lata od odstawienia tabletek powiem szczerze, że mało co wychodziłem z domu.., w każdym razie bardzo  rzadko (raz na jakiś czas), czasem gdzieś zabierałem się z żoną lub szedłem późnym wieczorem na spacer, można powiedzieć,że wycofałem się dokumentnie po tym, jak w pierwszych miesiącach próbowałem od razu pokonywać „na siłę” swoje lęki i rzucałem się na rzeczy, które wtedy były chyba kompletnie poza moim „zasięgiem”..

Pierwsze miesiące, świeża abstynencja, totalne rozchwianie emocjonalne i nadwrażliwość centralnego układu nerwowego, wysoki poziom lęku, po odstawieniu branych przez 14 lat codziennie benzodiazepin, wszystko kończyło się porażką!

Teraz myślę, że powinienem był w tym obiektywnie trudnym okresie być dla siebie bardziej wyrozumiałym i dać sobie więcej czasu na leczenie, pomimo presji, pewnych naglących okoliczności .. Myślę sobie teraz, że pewnych rzeczy w życiu nie da się od tak po prostu „przeskoczyć”, pewne sprawy mają swoją bezwładność i tempo, żadna choroba fizyczna, psychiczna lub zaburzenie nie jest „w porę” szczególnie dla ludzi bardzo ambitnych, nauczonych mieć bardzo wysokie wymagania i aspiracje w stosunku do siebie.., TYLKO, ŻE..jak nie ma zdrowia to nie ma NICZEGO! Jak jest zdrowie to jest WSZYSTKO!..

A jak to w życiu bywa choroby chodzą po ludziach, bez specjalnego „klucza” i sensu i sprawiedliwości, i nie mam tu na myśli tylko chorób fizycznych.

Światowa Organizacja WHO podaje obecnie, jako definicje zdrowia stan lub dobrostan na który składa się nie jeden, a kilka czynników takich jak: zdrowie fizyczne, psychiczne (emocjonalne i umysłowe), społeczne i duchowe..

Przechodząc do tematu zawartego w tytule budowanie „trzeźwości..” (słowo zapożyczone z AA, chociaż trzeźwość, to trzeźwość i moim zdaniem śmiało może być „zaadaptowane” i użyte w odniesieniu do uzależnienia od leków BDZ) chciałbym Ci najpierw drogi czytelniku mojego bloga (o ile w ogóle istniejesz (?!) :):):).. przytoczyć pewną bajkę, czy raczej przypowieść, którą kiedyś usłyszałem na swojej psychoterapii..

W górach Andach mieszkał prosty chłop, który prowadził spokojne i szczęśliwe życie, utrzymując się z różnych upraw..

Każdego dnia wstawał o świcie, ubierał się, szedł nad rzekę, płynącą u podnóża gór, skąd mozolnie i powoli znosił różne kamienie, które następnie układał w równe rzędy, pomiędzy którymi zakładał kolejne grządki, siał różne rośliny i warzywa, praca ta dawała mu spokój i sprawiała przyjemność .

Lecz pewnego razu w górach Andach wybuchła gorączka diamentów, ktoś znalazł tam kilka tych drogocennych kamieni..Wieść o tym szybko rozeszła się po okolicy, a nawet dalej..

Z całego świata zaczęli przybywać ludzie, żądni szybkiego bogactwa, z dnia na dzień przybywało ich coraz więcej i więcej. Chłop przyglądał się temu z zaciekawieniem, drapiąc się po głowie dumał, czy by nie porzucić swojego skromnego gospodarstwa i nie pobiec za tłumem, w nadziei na szybki i duży zarobek..

W związku z tym przeżywał różne rozterki i dylematy, lecz szkoda mu było swojego skromnego lecz spokojnego życia, efektów swojej ciężkiej pracy, więc robił dalej swoje, wciąż zastanawiając się czy jednak nie zmienić zadania. I tak mijały dni, miesiące, jedni ludzie się bogacili zdobywając fortunę, inni odchodzili z niczym, a jeszcze inni tracili zdrowie,a nawet życie w pogoni i rywalizacji z innymi.

Gorączka powoli mijała ,ludzi było coraz mniej, chłop zaczął żałować i wyrzucać sobie,że nie zrobił niczego by poprawić swój skromy byt, ogarnęła go apatia i smutek..Aż pewnego razu zawitał do niego ostatni z poszukiwaczy, spragniony poprosił o kubek zimnej wody..Od słowa do słowa, wywiązała się między nimi rozmowa, gość zapytał chłopa, czym ten się zajmuje, wtedy chłop pokazał mu swoje skromne uprawy..

Gdy przybysz je zobaczył, w jednej chwili oniemiał z zachwytu!..Jego oczom ukazały się liczne grządki, wzdłuż których w równych rzędach znajdowała się największa i najpiękniejsza kolekcja diamentów jakie ten kiedykolwiek widział ..

No i z tą „trzeźwością” (tak w ogólnym aspekcie) i jej utrwalaniem z tego co sam zaobserwowałem jest moim zdaniem trochę tak, jak z tym żmudnym układaniem przez chłopa kamieni, ponieważ po odstawieniu substancji uzależniającej, stosowanej regularnie przez wiele lat pojawia się pewien rodzaj pustki, powiedzmy takiej jakby „dziury” psychologicznej (tak było w moim przypadku), którą trzeba zacząć stopniowo („kamyczek, po kamyczku”) zapełniać zdrowymi, konstruktywnymi zachowaniami, zdrowymi rzeczami, pusty kawałek poletka, na którym oprócz chwastów nic do tej pory nie rosło, albo raczej dawno nie rosło..musimy te chwasty jeden, za drugim powyrywać, uprzątnąć, wywieźć na śmietnik, glebę na nowo skopać, zaorać, i wtedy przynieść jeden kamień, drugi, posiać jakąś jedną roślinkę na próbę, zobaczyć, czy wyrośnie, może najpierw poczytać o tym, jak się w ogóle za to zabrać, co warto zasiać, co nas wyżywi, utrzyma…

Co mam na myśli ? czasem trzeba najpierw wyprostować swoje stare sprawy, zmienić patologiczne środowisko, zerwać toksyczne znajomości, takie, które do tej pory nie sprzyjały zdrowieniu, może z kimś kto razem z nami zażywał leki i wciąż to robi nie mając zamiaru przestać..Zerwać „kanały”, źródła z których zaopatrywaliśmy się w specyfiki, czasem nawet trzeba poinformować lekarzy u których będziemy się leczyć w przyszłości, by mieli nasze ograniczenia na względzie i nie proponowali nam takich leków..Tak, to wszystko nie jest łatwe, ale czasem konieczne i warto się nad tym zastanowić, by uniknąć „wyzwalaczy” (pokus), lecz nie tylko! Ważną kwestią jest np to, by przed ważną operacją, która się ma odbyć pod narkozą poinformować lekarza prowadzącego o naszym uzależnieniu od benzodiazepin lub leków nasennych z tego prostego względu, że z powodu naszej wyższej tolerancji na środki działające depresyjnie na CUN możemy wybudzić się na stole operacyjnym! Jeśli lekarz zostanie uprzedzony, to może zawczasu poinformować anestezjologa, by ten zastosował wyższą dawkę środka usypiającego. Należy jednak pamiętać,że nie od razu Kraków zbudowano, nie wszystko nam się od razu uda, nie wszystko nam od razu wyjdzie! budowanie trzeźwości i jej utrwalanie to proces rozciągnięty w czasie, więc dobrze uzbroić się w cierpliwość co oczywiście nie jest łatwe..cdn

Objawy odstawienne, a głody lekowe (różnice)


..Ehh, chcąc nie chcąc, w końcu musiałem wybrać się do diabetologa, czekała mnie ta wizyta już od dawna (nie byłem u niego ok 3-4 lata! :(..) Po odstawieniu benzodiazepin, nawrocie nerwicy społecznej i po tym jak dałem sobie „popalić” rzucając się OD RAZU na „głęboką wodę”, uznałem, że skoro nie mogę sobie SAM z swoimi lękami poradzić, to nic i nikt mi nie pomoże, ogólnie nie mam szans z chorobą (uzależnieniem, nerwicą, derealizacją), więc wycofałem się do „czterech ścian” i przez dłuższy czas na początku w ogóle unikałem jeśli tylko mogłem wszelkich wyjść poza dom, nie mówiąc już o miejscach publicznych..Nie poszedłem do zatłoczonej przychodni (co to to nie!), dla „fobika społecznego” z agorafobią to „wyższa szkoła jazdy”, umówiłem się po prostu na wizytę prywatną, na którą pojechałem na późniejszą godzinę, wieczorem, do gabinetu mieszczącego się wprawdzie w centrum miasta, ale bardziej dla mnie „przyjaznego”, do którego pojechałem z żoną. Asekurując się trochę połknąłem przed wyjściem hydroksyzynę o którą poprosiłem wcześniej swoją panią doktor z ośrodka.  Continue reading

Moja ostatnia detoksykacja – cz.II

 

Przepraszam za zwłokę, nie zawsze mam możliwość i czas pisać, w związku z tym dzisiejszy wpis jest znacznie dłuższy, niż poprzednie:).. W ubiegłą niedzielę, przed obiadem wybrałem się wspólnie z żoną i psem na wycieczkę samochodem do lasu (kilka km za miasto), było to zadanie terapeutyczne, w kwestii leczenia mojej fobii społecznej i agorafobii, ale też połączenie pożytecznego z przyjemnym, bo kontakt z przyrodą, a i pies mógł się wyszaleć..Zasadniczo było miło, spacer się udał, godzinę szwendaliśmy się po lesie, lęk na poziomie ok 40% (to moja subiektywna ocena w skali od 0-100 %, gdzie 0% to błogostan, zupełny brak objawów lęku, a 100% powiedzmy że, ostra panika, z zawrotami głowy, dusznościami i hiperwentylacją! :)..), napięcie mięśni od umiarkowanego do średniego, zupełny brak derealizacji  pod koniec poczułem zmęczenie i trochę mnie „przydusiło”, musiałem wrócić do samochodu, zamknąć oczy i się trochę zrelaksować, ale ogólnie wyprawę oceniam pozytywnie. Mieszkam w centrum miasta (ok. 70 tys. mieszkańców), także dużego blokowiska, co przy moich dolegliwościach stanowi dla mnie wciąż problem. Continue reading