UA-43269020-1

Uzależnienie od leków

Zastanawiałem się ostatnio, jaki temat poruszyć w dzisiejszym wpisie (?) Pomyślałem, że może warto by napisać o niektórych pozytywnych rzeczach, których doświadczyłem ostatnio. Właściwie to doświadczam co jakiś czas, co jest efektem leczenia mojej lekomanii oraz terapii zaburzeń lękowych, które wg mojej oceny wreszcie są leczone jak należy.

Nie jest to Bóg wie co, dlatego nie zawsze o tym pisze, ale drobne pozytywne zmiany rozłożone w czasie, których człowiek nie rejestruje na co dzień, które jednak w sumie składają się na większa całość, gdy spojrzymy na nie z dystansu. 

Z tego co dotychczas zaobserwowałem tempo leczenia uzależnienia od leków – lekomanii dla poszczególnych osób jest sprawą bardzo indywidualną i zależy moim zdaniem naprawdę od wielu czynników. Są nimi np: poziom świadomości choroby pacjenta (uzależnienia), rodzaj i skala „problemu pierwotnego” (powodu rozpoczęcia brania), długość okresu zażywania leków BDZ, wysokość dawki, wiek uzależnionego, bagaż jego negatywnych doświadczeń, choroby współistniejące, dostępność do fachowej terapii, doświadczenie lekarzy, terapeutów, a przede wszystkim poziom ich wiedzy (lub jej brak) na temat leczenia lekomanii, Tak, tak, niestety u wielu psychiatrów i terapeutów z tym jeszcze słabo. 

Jeśli chodzi o moją historię, to jak wiele osób cierpiących na uzależnienie od leków również ja przez lata stosowania benzodiazepin uległem iluzji, że BDZ uleczyły moją nerwicę na zawsze, na tyle trwale, że o niej zapomniałem. Niestety, po całkowitym ich odstawieniu, przekonałem się, że tak naprawdę tylko ją „uśpiły” a same w sobie dołożyły mi więcej kłopotów.

Nawrót fobii społecznej zapoczątkowanej doświadczeniem w wieku nastoletnim aktu wielokrotnej przemocy grupowej psychicznej (i fizycznej), rówieśniczej spotęgowany przewlekłymi symptomami odwyku benzodiazepinowego po wielu latach brania leków, jak również pojawieniem się bardzo silnej agorafobii z symptomami zespołu stresu pourazowego (PTSD) był czymś dla mnie bardzo zaskakującym i traumatycznym

Stan ten sprawił, że prawie przez półtora roku, a nawet dwóch od odstawienia BDZ ciężko było mi wychodzić z domu, przestałem jeździć samochodem, jak również wycofałem się z życia społecznego na długo. Po kilkunastu latach używania chemii (leki BDZ) przekonałem się, że tak naprawdę leczenie fobii muszę zaczynać od początku co jak co, już w dość dojrzałym  wieku, a te początki były dla mnie bardzo trudne.

Niestety, ale perfidia lekomanii w odróżnieniu od klasycznych nałogów polega na tym, że możemy ją lepiej ukrywać (wiele lat) przed innymi, a przede wszystkim przed sobą, jakoś funkcjonując, zachowując pozory normalnego życia, oszukując się, że przecież nic takiego się nie dzieje.

Pułapka tego rodzaju uzależnienia jest tym większa, że lekomania nie niszczy szybko, lecz rujnuje nas powoli, doprowadzając do gorszych negatywnych konsekwencji. Na tyle powoli, że czerwona lampka ostrzegawcza nie zaczyna migać wcale. Z tego „lekowego snu” budzimy się często po kilkunastu, kilkudziesięciu latach (o ile w ogóle), gdy nałóg „wypluwa” nas już w kiepskim stanie, gdy mamy więcej lat, więcej chorób współistniejących, a nałogowe nawyki są bardzo utrwalone. Brak w Polsce odpowiedniego wparcia medycznego dla poszkodowanych, dedykowanego lekomanom leczenia jest dodatkowym utrudnieniem, które spowalnia leczenie

To tak w wielkim skrócie.. Dziś, jazda samochodem po mieście nie sprawia mi już wielkiego kłopotu i choć nie jeżdżę codziennie i nie wyzbyłem się wszystkich lęków, to raczej sprawnie się przemieszczam, tam gdzie chce, w aucie czuje się raczej pewnie. Podobnie jest z rowerem na wiosnę, czy lecie, który także bardzo lubię. 

 

Mieszkam w wieżowcu, na 5 piętrze i powiem szczerze, ze w okresie poodstawiennym przez pierwsze kilkanaście miesięcy agorafobia była tak silna, że bałem się wyjść na klatkę schodową, czy zjechać na dół windą, bojąc się, że wpadnę w panikę, nie będę w stanie wrócić do domu o własnych siłach, zemdleje i zrobię z siebie pośmiewisko. Będą mnie sąsiedzi, lokatorzy wypytywać, co się z mną dzieję, co tylko pogorszy sprawę. Miałem w głowie masę negatywnych, przerażających scenariuszy.

Teraz powiem szczerze, że sam zagajam co po niektórych sąsiadów, gdy kogoś spotkam po drodze lub gdy jestem na spacerze z psem, bo lubię z kimś pogadać.  Osiedle jest dość duże (Osiedle Centralne) i tu coraz więcej osób ma psy. Co tu dużo mówić, jest już na osiedlu mini subkultura czworonogów i ich właścicieli, którzy lubią się spotykać i rozmawiać, wymienić doświadczenia, co jest moim zdaniem fajne i zdrowe. No bo spacer na świeżym powietrzu (świeżym umownie) jest ogólnie zalecaną aktywnością, a jeśli ktoś dodatkowo ma cukrzycę i dużą nadwagę jak ja, to ma podwójne zalecenie.

Chciałbym dziś wspomnieć też o jednym ważnym dla mnie fakcie, otóż jakiś czas temu udało mi się namówić jedną dziewczynę o której pisałem na blogu przytaczając jej wypowiedź (Natalia – wpis „Lekomania – pytania i odpowiedzi”) na pobyt na Oddziale Leczenia Zespołów Abstynencyjnych (OLZA) w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Napisała do mnie kiedyś na bloga z prośbą o jakąś pomoc, poradę, będąc uzależnioną od Xanaxu (Alprazolamu) w dawce ok 4-5 mg / dziennie. Była tam aż 2 miesiące, korespondowaliśmy przez ten cały czas (Facebook , Messenger).. Nie było łatwo, bo cierpiała na bardzo silne bóle głowy migrenowe, choć mogły to być także polekowe objawy odstawienne, które imitowały bóle migrenowe ( do końca tego nie wiadomo).

W końcu udało się jej wyzwolić, z czynnej lekomanii, odstawić benzodiazepiny do zera. Po detoksie trafiła do Ośrodka Terapii Uzależnienia od Alkoholu w moim mieście do którego ja uczęszczam na psychoterapię indywidualną, w którym odbyła 6 tygodniową terapię uzależnień. Miała taką możliwość (nie każdy lekoman ją ma), ponieważ zdarzało się jej również nadużywać alkoholu, gdy zabrakło leków, więc zastała zakwalifikowana i przyjęta na turnus jako lekomanka – alkoholiczka (krzyżowe uzależnienie)

W ośrodku mieliśmy okazję się spotkać i poznać „face to face”. Przez cały jej pobyt odwiedziłem Ją w sumie 3 razy (przy okazji własnej terapii), przegadaliśmy tam kilka godzin o lekomanii, fobii, terapii uzależnień jak i różnych głupotach siedząc na świetlicy przy herbacie. Poznałem też kilka innych osób z ośrodka, jej znajomych.

Powiem szczerze, że miałem dużą frajdę, bo Natalia okazała się przesympatyczną, śliczną dziewczyną, a ja przekonałem się, ku mojemu zdziwieniu, ze moja fobia społeczna chyba stopniowo ustępuje pod wpływem terapii, a może nawet nie wiele z niej już zostało (?).. Pamiętam jak na początku dojazd do ośrodka, który jest oddalony od mojego bloku co najmniej kilka przecznic był dla mnie prawdziwą udręką.  Wielką „wyprawą” i od razu powiem, że byłem tam zawożony jako pasażer przez długi okres czasu i to na tylnym siedzeniu. Może trudno w to uwierzyć, ale lęk i napięcie psychiczne było wtedy tak duże, że w większości mięśni w ciele odczuwałem silny ból, skurcze. Działo się to zupełnie niezależnie od mojej woli, nie miałem na to wtedy żadnego wpływu. Dziś na terapię dojeżdżam sam samochodem, co sprawia mi dużą przyjemność, bo jeździłem przez większą część swojego życia. Miałem szereg obaw, że po kilku latach przerwy zapomnę, „zardzewieję”, a miasto w którym mieszkam jest bardzo zmotoryzowanym rejonem Nic podobnego, wszystko mam w odruchach, wystarczyło mi 2-3 razy pojechać na zajezdnię i poćwiczyć

Innym razem, któregoś dnia po południu (Sylwester) gdy pojechałem po żonę do pracy nie siedziałem ukryty w samochodzie, jak to bywało w przeszłości gdzieś na tyłach parkingu, lecz wyszedłem przed budynek instytucji w której kiedyś sam przez 10 lat pracowałem. Tym razem chciałem się spotkać z starymi znajomymi, złożyć życzenia. Zastanawiałem się, czy ktokolwiek mnie jeszcze rozpozna (?), no jakby nie patrzeć „parę” ładnych latek minęło, kilogramów i siwych włosów też przybyło, znacznie więcej niż parę. Okazało się, że zostałem rozpoznany przez „starą wiarę” bez problemu, kilka osób się zatrzymało, zagadnęło, pożyczyliśmy sobie szczęśliwego Nowego Roku, ktoś podał mi rękę,  to była duża przyjemność.

Nie dawno też przypadkiem spotkałem dwóch kolegów z podstawówki, z którymi nie widziałem się wiele lat. Jednego na spacerze, drugiego przed ośrodkiem terapii uzależnień, gdy paliłem papierosa czekając na wizytę u psychologa. Pomyślałem sobie, „No kuźwa pięknie! Że też akurat w takim miejscu musiał mi się napatoczyć”

Pogadaliśmy trochę, kto co robi, czy pracuje, ewentualnie gdzie ? jakie choroby ma i kogo kto widział ostatnio z innych znajomych (?) 

Czasem też mam przyjemność spotkać się i chwilkę zagadać z koleżanką z którą chodziłem do  klasy, do liceum, czasem się mijamy gdzieś po drodze.. Może nie każdy popadł w lekomanię, napady lęku, depresję, okazuje się jednak, że każdy ma tam jakąś swoją biedę niemałą i nie ma to specjalnego związku z stanem posiadania, stanowiskiem, poziomem intelektualnym itp

Ostatnio przyszła mi do głowy taka refleksja, że chyba powoli, jak „stary żółw w gipsie ze złamaną nogą o lasce”, ale wracam do zdrowia i społeczeństwa sukcesywnie, choć czasem robię 3 kroki w tył, zanim zrobię kilka w przód.

Czasem też chodzę do pobliskiego sklepiku po pieczywo lub kiosku znajdującego się przy głównej drodze, kilka dni temu wracając z sesji przejechałem dwupasmówką kilka rond by dojechać do głównej poczty i nadać paczkę z używanymi książkami które sprzedałem na Allegro. Do tej pory prosiłem o takie rzeczy żonę, myślę że teraz będę robił to już sam, tym bardziej, że planuję „rozkminić” wysyłkę paczkomatami, które jest po prostu tańsza.

Największy progres pozytywnych zmian rejestruje, na wiosnę, w lecie, wczesnej jesieni, w pozostałe pory roku trochę się „zapadam” jak niedźwiedź w sen zimowy Jestem wtedy w zdecydowanie gorszej formie, bez zapału, na wolniejszych obrotach Faktem jest, że i na jesień jest trochę mniej aktywności możliwości kontaktu z drugim człowiekiem, bo i mniej aktywności na zewnątrz.

Kiedyś ktoś mnie zapytał „dlaczego warto odstawić benzodiazepiny, skoro pozytywne zmiany w procesie psychoterapii następują po tak długim czasie (?)” Odpowiedziałem mu po 1. powtórzę się i powiem, że lekomania lekomanii nierówna, po 2 naprawdę jest wiele powodów, długo by wymieniać, ale największym moim osiągnięciem jest chyba to, że wciąż żyje. W 2000 – 2002 roku zażywałem na skutek rozwoju tolerancji mojego organizmu na leki BDZ do 30 mg Clonazepamu dziennie (15 tabletek), gdzie dawka początkowa, terapeutyczna wynosi ok 1-2 mg / dzień, max 3 mg i ta ilość już przestawała działać na mnie. Teraz mamy rok 2019, gdybym nie przerwał tego w porę i nie podjął leczenia, myślę, że już dawno nie było by mnie na świecie..