UA-43269020-1

Lekomania – Ośrodek Terapii Uzależnień cz.I (oddział detoksykacji alkoholowej)

Lekomania

– Oddział detoksykacji alkoholowej

Leczenie lekomanii wspomnień cd .. Było lato, przeszło 16 lat temu – upał jak diabli ! Jako osoba  cierpiąca na uzależnienie od leków uspokajających byłem umówiony na termin, na oddział detoksykacyjny i terapię w mieście oddalonym ok 180 km od mojego miejsca zamieszkania.. Z moją lekomanią miałem zacząć od detoksu, a później bezpośrednio iść na terapie leczenia uzależnienia (umowa z psychiatrą po próbie S.), która odbywała się w ośrodku znajdującym się w tym samym mieście, nieopodal detoksu.. (więcej…)

Uzależnienie od leków, a praca zawodowa – wspomnienia cd.


job-do-kompresji-1

No dobrze, lecimy dalej.. W ostatnim wpisie dotyczącym mojej przeszłości wspomniałem o nowej pracy.. że trudna i niewdzięczna, że na co dzień w kontakcie z wieloma różnymi ludźmi, że duże tempo, duża odpowiedzialność, wymagająca też dużej mobilności (praca w terenie, dojazdy samochodem), to wszystko powodowało u mnie ogromny stres, biorąc pod uwagę fakt, że wciąż cierpiałem na zaburzenia lękowe. Wielokrotnie musiałem robić dobrą minę do złej gry, nie żyłem własnym życiem, próbowałem realizować to co mi wpojono i to, czego oczekiwała ode mnie rodzina, otoczenie, poprzeczka była ustawiona wysoko, a ja chory

Myślę sobie teraz,że taka praca byłaby trudna dla każdego normalnego człowieka (tak sądzę), nie cierpiącego na żadne problemy wewnętrzne, a co dopiero dla mnie, to trochę tak jakby powiedzmy człowieka z fobią społeczną zatrudniono na stanowisku ..hmm (?).. konwojenta bankowego (?) ochroniarza w jakimś publicznym miejscu (?) Jednak pomimo tego, w pewnym sensie ją lubiłem, a nawet sprawiała, że mając bardzo zaniżoną samoocenę i liczne kompleksy, czułem się jakiś ważny, do tego bardzo fajni ludzie, w podobnym wieku, z którymi swojego czasu tworzyliśmy fajny team. Niestety, by jej podołać, w takiej sytuacji, jakiej byłem, musiałem dalej, regularnie łykać benzodiazepiny i to mocny, silnie uzależniający Clonazepam

Pomimo pobytów na dwóch oddziałach leczenia nerwic wciąż nie byłem specjalnie świadom co mi dolega, ani z jakiego powodu, nie byłem też świadom uzależnienia od leków. Wiedziałem, że coś jest nie tak, ale spychałem to w „tył głowy”, wydawało mi się, że jestem skazany na leki

Nie łykałem ich nigdy po to by się naćpać, odurzyć, by paść na pysk, nie szukałem jakichś dodatkowych wrażeń, lecz dlatego, że po prostu bałem się..Brałem je by zniwelować lęki, napięcie mięśniowe, uspokoić się, jednak nie uchroniło mnie to ani od uzależnienia od nich, ani pogorszenia zdolności psychofizycznych, gdyż z czasem następował rozwój tolerancji i musiałem zwiększać dawki, by odczuć takie samo działanie tej substancji. To wszystko sprawiało, że coraz bardziej mój organizm był nasycony silnym lekiem, a jasność umysłu się pogarszała, choć subiektywnie wydawało mi się, że jestem trzeźwy..

Ten lek działał na mnie na dwa sposoby, z jednej strony uspokajał, rozluźniał mięśnie szkieletowe, w ten sposób redukował stany lękowe, dodawał odwagi (przynajmniej na początku) z drugiej strony znacząco pogarszał zdolność koncentracji, skupienia uwagi, pamięci, mój intelekt, refleks (coś za coś!), powodował też często senność, apatię, przez co poważnie obniżał wydajność mojej pracy, która polegała głównie na pracy umysłem, zarówno w biurze, jak i w terenie, Ponadto praca wymagała dokładności, skrupulatności w obliczeniach, do tego codzienna konieczność prowadzenia auta, docierania w różne nieznane miejsca, a nie było wtedy GPS-ów

Nie będę ściemniał, nie był zbyt dobry ze mnie wtedy pracownik zarówno z powodu zaawansowanej nerwicy, jak i stałego otumanienia lekami ..Owszem, zdarzyło się mi błysnąć od czasu do czasu, ale na co dzień plasowałem się na samym dole w rankingu pracowników, kolegów, którzy wykonywali to samo.. Myślę sobie teraz, że nie miałem wtedy nie tylko zdrowia do tej roboty, ale też odpowiedniego charakteru, ani serca.. Często co tu dużo mówić, chodziłem przyćpany, senny, zmęczony, przez co nie ogarniałem do końca „papierologii”, której było sporo, więc nieraz ślęczałem w biurze dłużej niż wszyscy..

W tamtym okresie by można powiedzieć, że wypracowałem sobie nałogowy „system regulacji” emocji i stanu umysłu, jego jasności, trzeźwości po prostu leki zacząłem zapijać mocną kawą.. Chodzi o to, że z jednej strony cierpiałem na silne stany lękowe i potrzebowałem „zabezpieczyć je”, stłumić lekami uspokajającymi, lecz, gdy po jakimś czasie stawałem się po nich zbyt senny i przyćpany szybko robiłem sobie kawę, gdyż ze względu na odpowiedzialny charakter zawodu musiałem mieć w miarę trzeźwy umysł..

Co tu dużo mówić, działanie kawy jest przeciwne do działania uspokajaczy, ponieważ jak wiadomo zawiera ona kofeinę, która pobudza, więc tymi dwoma substancjami „regulowałem” stan „trzeźwości” umysłu i emocje na takim poziomie, jaki mi odpowiadał..Gdy robiło się zbyt trzeźwo i strasznie zażywałem po 2-3 tabletki naraz, później, gdy czułem, że robię się zbyt senny i przyćpany, piłem kawę, czasem 2 pod rząd, po prostu do skutku, aż senność przeszła..

Jak już wspomniałem wcześniej dawki leków rosły, choć tolerancja mojego organizmu wzrastała powoli..na tyle powoli, by „czerwona lampka” nie zaczęła migać..Gdyby tak jakiś specjalista kazał mi zwiększyć dawkę w ciągu kilku dni z 2 tabl/ dzień, do 15-stu / dzień przeraziłbym się i uznałbym to za niedorzeczne i niebezpieczne!..Podstępność tej choroby polega jednak na tym, że jeśli ten fakt rozciągniemy w czasie, nasza czujność zostaje uśpiona

Wiedziałem od kiedy mam zaburzenia lękowe, jakie wydarzenie/wydarzenia miały na to wpływ, ale pojęcia nie miałem, że cierpię na jakąś sklasyfikowaną chorobę, że w ogóle coś takiego istnieje

Swoje leczenie zacząłem jak wiele osób obecnie u psychiatry nie dostając jakiejś szczegółowej diagnozy na temat tego co mi jest, poza ogólnym stwierdzeniem, że mam umiarkowaną depresję, z elementami lęku oraz jakie leki powinienem stosować (SSRI) Nie miałem wcale depresji !

Tzn nie to było moim kluczowym problemem, stan depresyjny był wtórny, na skutek zmęczenia organizmu chronicznym lękiem Nie dostałem też żadnej konkretnej informacji, gdzie powinienem iść na psychoterapię.. choć akurat o to pewnie 22 lata temu nie było łatwo..

Niestety, to czego się dowiaduje, to to, ze osoby cierpiące na zaburzenia lękowo – depresyjne zaczynają i kończą swoje leczenie u psychiatry, podobnie jak ja dostając tylko jakąś ogólną diagnozę i garść różnych leków, z przeznaczeniem brania ich latami, a może nawet do śmierci

Moim zdaniem to błąd, bo leki nie usuwają przyczyn problemów, redukują tylko objawy i tak, jak się okazuje nie zawsze w pełni skutecznie.. Moim zdaniem mogą być korzystnym dodatkiem do psychoterapii, ale nie jej zamiennikiem

Nie jestem przeciwnikiem psychiatrów, ani dobrej farmakologii, sam melduję się co miesiąc u miłej, sympatycznej, rzeczowej Pani doktor, ale uważam, że warto leczyć się kompleksowo, i farmakologicznie, i oddziaływaniem psychoterapeutycznym, z naciskiem na tą drugą metodę

Uzależnienie od leków uspokajających – wspomnienia z terapii cd..cz I

uzależnienie od leków

Przepraszam, za kolejną przerwę w pisaniu, jak widzę taki rodzaj mojego wstępu staje się powoli jakaś normą, co mnie trochę martwi:(.., na swoje usprawiedliwienie mam to, że dostałem kolejną propozycję podzielenia się swoimi doświadczeniami w artykule traktującym o uzależnieniach od benzodiazepin, przygotowanym dla jednego z pism – Tygodnik WPROST wydanie 10/2016 (1727) Tekst autorstwa Katarzyny Szydłowskiej – Kalukin ukazał się zarówno w wersji papierowej gazety, jak i elektronicznej (tutaj..) i moim zdaniem jest naprawdę fachowy i przede wszystkim prawdziwy..niestety. Wiele czasu zajmuje mi także korespondencja z Wami i choć bardzo sobie ją cenie, to nie na wszystkie maile jestem w stanie odpowiedzieć, za co z góry przepraszam!

Przechodząc już do wpisu chciałbym dzisiaj przedstawić ciąg dalszy moich wspomnień:

Po pobycie w szpitalu Komorów (przełom 1998-1999 r) jeździłem jeszcze kilka razy do Pani doktor M., która, jak już wspomniałem, przez okres pobytu miała mnie pod swoją opieką.. Spotkania odbywały się w jej domu, również w Komorowie. Nie była to jednak żadna terapia, tylko konsultacje w sprawie leków, tych dozwolonych, Pani dr M. była specjalistą psychiatrą.. Jak wspomniałem w ostatnim wpisie o Komorowie przyjechałem do ośrodka na dawce 20 mg Clonazepamu / dzień (!!), a po 3-4 miesiącach pobytu, terapii „wypuszczano” mnie na 1 mg „Clona”/dzień, uzasadniając ten fakt w ten sposób (słowa lekarza), że taka ilość leku już mi nie zaszkodzi i właściwie nie ma już wielkiego znaczenia.. To stwierdzenie Pani doktor argumentowała to tym, że są ludzie, którzy biorą ten lek na padaczkę w takiej dawce do końca życia (Clonazepam to stary lek przeciwpadaczkowy) i nic się nie dzieje..

Nie pamiętam już, czy ja sam nie chciałem, nie byłem gotowy odstawić leku do zera i o tym lekarzowi wspomniałem (?), czy to lekarz psychiatra lub ktoś z grona terapeutycznego „wyczuł” między wierszami, że na ten czas to może być duży problem dla mnie i nie jestem gotów (?) nie wiem, w każdym bądź razie nikt nie namawiał mnie na całkowitą abstynencję..

Podejrzewam, że 7 tabletek Clonazepamu odstawiono mi od razu, dlatego, że nikt z kadry lekarskiej w szpitalu, będący przy zdrowych zmysłach, raczej nie miał ochoty brać odpowiedzialności, za wydawanie mi takiej ilości leków dziennie! No bo jakbym tak z jakiegoś powodu „ kopnął w kalendarz” (?) Wprawdzie ciało cierpiało, ale dawałem radę.., powtórzę się i powiem, że 6 mg Clona to i tak spora dawka leku, akceptowalna przez psychikę, ten fakt pozwalał mi pozostawiać wtedy w jako takiej równowadze..

Czy rzeczywiście 1 mg Clonazepamu / dzień już nie zaszkodzi uzależnionemu i można go brać nawet do śmierci (?).. Wg mojej aktualnej wiedzy odpowiedź na to pytanie jest dyskusyjna, pewnie inaczej odpowiedziałby lekarz, nie znający specyfiki, ani psychicznych mechanizmów uzależnienia, inaczej terapeuta uzależnień, inaczej zwykły psycholog (?). Można by zadać sobie drugie, analogiczne pytanie, czy 1 kieliszek alkoholu dziennie pity regularnie nie zaszkodzi alkoholikowi? pewnie z medycznego punktu wiedzenia nie, ale wszyscy wiemy jak to później bywa, w przypadku osoby uzależnionej od alkoholu

Owszem, fakt są ludzie, którzy przyjmują stałe dawki tego specyfiku do końca życia z powodu padaczki, lecz moim zdaniem to zupełnie inna „bajka”, ponieważ nie są to ludzie uzależnieni w sensie psychologicznym od substancji, ludzie z zaburzeniami osobowości, jakimiś problemami emocjonalnymi, cierpiący na stany lękowe, napady paniki, depresje pochodzenia psychogennego, lecz ludzie z epilepsją, czyli chorobą pochodzenia organicznego, uważam, że to zupełnie co innego..

Aktualnie sądzę, że stopniowe dążenie do całkowitej abstynencji, uzyskanie jej i utrwalanie jest stanem wprawdzie trudno osiągalnym i często poprzedza ją sporo walki z sobą, z swoimi słabościami, ale pożądanym i jest to o tyle lepszy stan, niż częściowa abstynencja, że o wiele trudniej jest sięgnąć wtedy po lek np w trudnych chwilach i się z tego łatwo rozgrzeszyć, niż gdy się przyjmuje stale 1 mg lub 0,5 mg benzo i ma się pigułki fizycznie na wyciągnięcie ręki, w domu, apteczce, w torebce..

Z swojej korespondencji mailowej wiem, że jest też grupa ludzi, która bierze leki w niskiej, terapeutycznej dawce, takiej jak zalecił lekarz, przez lata nie mając potrzeby jej zwiększania i nie są to ludzie cierpiący na padaczkę, lecz stany lękowe..Dlaczego jedni ludzie muszą brać coraz więcej, a inni przez lata biorą tyle samo (?) od czego to zależy (?) nie wiem.. Jak podaje w swoim słynnym już artykule prof. H. Ashton [tutaj..] uzależnienie od leków może objawiać u osób cierpiących na to schorzenie na dwa podstawowe sposoby, jako uzależnienie od stale rosnących i wysokich dawek, oraz uzależnienie od stałych, niskich, terapeutycznych dawek, czy któreś z tych dwóch rodzajów uzależnienia jest lepsze, od tego drugiego (?)

Osobiście przestrzegam, przed takim myśleniem..Wprawdzie, im leku jest mniej, tym trzeźwiej, bo dawka niska,więc lepiej, a sam lek po pewnym, zwłaszcza dłuższym okresie też już fizycznie zapewne nie działa, bardziej tu odgrywają rolę uwarunkowania i uzależnienie psychologiczne lecz gdy leku zabraknie tak samo się „wali świat”, często tak samo trudno jest go odstawić, jak to jest w przypadku uzależnienia od wyższych dawek..

Czasem tak się zastanawiam, czy w przypadku ludzi uzależnionych od alkoholu nie jest podobnie (?) tzn część z nich pije dużo, czasem na umór, do nieprzytomności, a są tacy nie mają takiej potrzeby, co piją 1-2 drinki ale codziennie, regularnie i też popadają w uzależnienie..

W przypadku benzodiazepin moim zdaniem oba rodzaje uzależnień tak samo blokują procesy poznawcze, ponieważ człowiek nie podejmuje właściwego leczenia, gdyż terapia (psychoterapia) staje się mu nie potrzebna, nie szuka jej, co pewnie by zrobił, gdyby nie dostał benzodiazepin i czuł się nadal źle, lecz jako, że na lekach „jakoś” jest, a na początku nawet super, nie robi nic w tej sprawie, nie usuwa przyczyn problemów, nawet jak dokona czegoś w życiu sam, co mogłoby podnieść jego poczucie wartości, to i tak myśli, że zawdzięcza to lekom..

W kolejnym wpisie dotyczącym mojej przeszłości postaram się wspomnieć o pewnych innych czynnikach, które sprawiły, że po powrocie z ośrodka wróciłem do nałogu cdn..

Lekomania – budowanie trzeźwości. cz.II

…cd Na wszystko potrzeba czasu, nic przecież nie powstaje od razu i z niczego, ale uważam,że każdy dzień zbliża do celu i utrwala naszą trzeźwość.. Pamiętam do dzisiaj słowa jednej lekomanki z którą korespondowałem w trakcie odstawiania leków i przez rok po ich odstawieniu (namiar e-mailowy otrzymałem od swojego terapeuty), miała wtedy 3 lata abstynencji, pisała mi, „aby do przodu!.. i nie przejmować się”), na terapii odwykowej uczono z kolei, aby żyć „na tu i na teraz” tzn w myśl schematu „okrutna przeszłość” – dzień dzisiejszy – „okrutne jutro” nie dołować się, nie rozpamiętywać złej, często przykrej przeszłości, która JUŻ nie istnieje oraz (więcej…)

Lekomania – budowanie trzeźwości cz.I

resistance-148608_640-crop-gotowe

Wczoraj był ładny dzień, ciepło jak na początek marca, słoneczko pięknie świeciło, tym razem to żona zaproponowała mi wyjazd z psem do lasu, od razu nerwowo zacząłem się zastanawiać, czy aby ostatnio nie byłem jakiś ponury, zrzędliwy, czepliwy (zdarza się mi niestety), czy nie dałem jej czymś popalić (?!).. i czy teraz nie zostawi mnie w tym lesie i z piskiem opon odjedzie (?!), no ale kto by gotował takie dobre obiady (?!) :).. A tak poważnie to zestresowałem się nieco na początku w z związku z swoimi lękami agorafobicznymi, co prawda już mniejszymi, niż 5 lat temu, ale jeszcze obecnymi.. (więcej…)