UA-43269020-1

Uzależnienie od leków – wspomnienia z terapii cz. III

Uzależnienie od leków

Dzień dzisiejszy..

Koniec lata, ale słońce wciąż potrafi przygrzać, z tego względu w miniony weekend dostałem od żony propozycję wspólnego wyjazdu nad wodę, oczywiście przystałem na nią bardzo chętnie, ponieważ wszelkie przejawy powrotu do normalnego życia dla kogoś kto cierpiał na silne stany lękowe bardzo cieszą, wtedy nawet prozaiczne czynności sprawiają dużą frajdę! Okazało się, że było fajnie, „smażing-plażing”, kąpiele w wodzie, nawet przebywanie pomiędzy ludźmi, roześmianą młodzieżą dają dużo pozytywnej energii..

Nad wodę wybrałem się już w tamtym roku, to był mój pierwszy wypad od kilku lat, od momentu, kiedy odstawiłem benzodiazepiny ( Clonazepam, Alprazolam, Cloranxen) do zera po wielu latach ciągłego zażywania.. Wcześniej, zarówno w okresie brania, jak i w okresie poprzedzającym, zanim nastąpiła eskalacja choroby pierwotnej (fobii społecznej), która była bezpośrednią przyczyną mojego uzależnienia od leków bywałem w wielu, różnych miejscach, basenach, plażach, zarówno w Polsce, jak i zagranicą, później się wszystko skomplikowało..

Wspomnienia cd..

Wracając do swoich wspomnień z przeszłości, do okresu, gdy wróciłem z terapii (Szpital Komorów), powtórzę się i napiszę, że wciąż nie czułem się zdrowy, a nerwica społeczna, na którą cierpiałem wciąż miała się dobrze..

Celowo piszę per „ona” (nerwica), bo na ten czas i długo jeszcze później czułem subiektywnie, że ta choroba jest zupełnie niezależna od mojej woli, rządzi się swoimi prawami i nie mam żadnego wpływu na nią..

Kontynuując wątek powiem, że stany lękowe nie znikły, a pracowałem wciąż w dużym przedsiębiorstwie, zawód, który w tamtym okresie wykonywałem, wymagał ode mnie częstych kontaktów z ludźmi, pracy w grupie (zebrania, delegacje) .. Miałem też rodzinę (żonę, małe dziecko), obowiązki i aby im sprostać ponownie zacząłem łykać Clonazepam. Nie miałem odwagi, wstydziłem się przyznać, że wciąż z powodu złego samopoczucia nie daję rady, no i znów zaczęło się kombinowanie, załatwianie lewych recept, wstyd, wyrzuty sumienia. By je zagłuszyć kolejne dawki Clonazepamu i kolejne.. Także dodatkowy strach przed wpadką, zdemaskowaniem np. w jakiejś aptece lub przez członków rodziny, którzy na początku nie wiedzieli, że zacząłem zażywać dużo więcej tabletek, niż miałem zalecone w wypisie szpitalnym.. Brałem w ukryciu, w konspiracji, także dlatego, że moje problemy, stany lękowe w tamtym okresie nie znajdywały specjalnego zrozumienia, także wśród bliskich, którzy wymagali ode mnie sprawności, skoro byłem na leczeniu, sam też od siebie wiele wymagałem, inne czasy, inna mentalność, za chorobę uznawano tylko to co fizyczne..

Po pewnym czasie dostałem jakiś namiar na psychologa w Rzeszowie, który pracował w poradni leczenia uzależnień, a popołudniami prowadził prywatną praktykę, w swoim mieszkaniu, w bloku.. Pamiętam, że raz w tygodniu wsiadałem w w swojego fiata Cinquecento i jechałem prawie 70 km (w jedną stronę), tym razem do Rzeszowa..

Na pierwszej wizycie, przez prawie dwie godziny wypełniałem różne testy psychologiczne, diagnostyczne, składające się z kilku arkuszy wypełnionych pytaniami.. Jest ich przynajmniej kilka rodzajów (jak nie więcej?), a i pytania zawarte w nich bardzo zróżnicowane, od typowych, do dość zaskakujących.. Przykładowe pytania, z testów, które właśnie trzymam przed swoim nosem, a które otrzymałem kiedyś od swojej kumpeli, która pracuje jako psycholog – psychoterapeuta prezentuje poniżej.. Są to pytania lub stwierdzenia, do zaznaczenia TAK lub NIE, typu „prawda, czy fałsz”(?) :

Czy kochałeś matkę swoją?” (to akurat mało zaskakujące)

Czy idąc chodnikiem zdarza Ci się liczyć płyty chodnikowe?”,

Czy chciałbyś pracować jako bibliotekarz?”

lub stwierdzenia dla określenia prawdziwości

Wolałbym studiować 10 lat, niż pracować jako urzędnik na poczcie.” (tak, czy nie ?)

Rzadko mam zatwardzenie” (tak, czy nie?)

Wolałbym być pielęgniarzem, niż technikiem dentystycznym” (tak, czy nie?)

Boję się być sam na otwartej przestrzeni.” (tak, czy nie?)

W wiejskim życiu najgorsza jest jednostajność.” (tak, czy nie?)

Prawię stale boję się czegoś lub kogoś”(tak, czy nie?)

Sny powinny człowieka prowadzić i ostrzegać”(tak, czy nie?)

Nie obawiam się się zarażenia jakąś chorobą, czy bakteriami w czasie, gdy dotykam klamek.” (tak, czy nie?)

Dla ludzkości ważniejszy jest polityk, niż rzeźbiarz”(tak, czy nie?)

Wolałbym założyć kartotekę w zakładzie wg nowego schematu, niż uczyć się grania sonaty na pamięć”( tak, czy nie?)

Łatwo się pocę, nawet gdy jest zimno”(tak, czy nie?)

Istnieją też testy, które polegają na tym, że należy dokończyć wcześniej rozpoczęte zdanie. To co dopiszemy do niego jest również naszą indywidualną sprawą i daje pewien obraz psychologowi diagnoście na temat badanej osoby.. W tym miejscu nie mogę odmówić sobie zacytowania przykładu takiego badania, w formie testu, pewnej młodej dziewczyny która została skierowana do szkolnego specjalisty, które znalazłem na forum tematycznym, a który bardzo rozbawił mnie :

„.. 

Kocham… dobrze ugotowane ziemniaki.
Płaczę gdy… nie ma ziemniaków w domu.
Nie lubię… źle ugotowanych ziemniaków
Lubię… ziemniaki, a nawet je kocham.”

 

Później dowiedziałem się od samej autorki powyższego tekstu, że to była jej „odpowiedź” na brak specjalnego zaangażowania się i olewający stosunek szkolnego pedagoga do jej osoby, który nawet nie poświęcił kilku chwil, by objaśnić jej „co, jak i po co (?)”..

Odpowiedzi w testach psychologicznych mają zapewne za zadanie określić typ osobowości badanej osoby, ewentualnie rodzaj jej zaburzenia.. Takie testy w różnej postaci wypełniałem wielokrotnie, na wielu oddziałach leczenia nerwic, także w ośrodku terapii uzależnień, lecz nigdy nie pokazano mi ich wyników

Wracając do psychologa, do którego zacząłem jeździć, to nie wiem, czy to był terapeuta z prawdziwego zdarzenia (psychoterapeuta z uprawnieniami i certyfikatem), czy był to po prostu zwykły, ale doświadczony w leczeniu uzależnień psycholog (?) lecz na pewno osoba sympatyczna, inteligentna, ciepła z charakterem, myślę, że rozumiała moje sprawy.., czy coś więcej (?).. czy potrafiła mi konkretnie pomóc (?) nie wiem.., nie pamiętam też, dlaczego przestałem tam jeździć (?) za to dalej „jechałem” na Clonazepamie.. W międzyczasie był też ksiądz psycholog, z doktoratem z psychologii, byłem u niego tylko raz, w pokoju na parafii, pamiętam, że była zima, wszędzie pięknie biało, musiałem jakiś czas poczekać, zanim mnie przyjął u siebie..

Również bardzo sympatyczny, wesoły człowiek, poczęstował mnie słodkościami i herbatą..Nie pamiętam już, jak przebiegało nasze spotkanie, o czym mu właściwie mówiłem, ale przyznałem się mu przy okazji rozmowy, że wiele lat nie byłem u spowiedzi.. no i pierwszy raz spowiadałem się na kanapie trzymając w ręku ciastka! 

Kolejnym etapem w moim życiu była zmiana pracy, zwolniłem się po 4 latach z przedsiębiorstwa państwowego, na rzecz posady urzędnika.. Była to bardzo trudna decyzja dla mnie, ale przyznam się, że miałem już szczerze dość tego szaroburego, starego, otoczonego stalowym płotem, pamiętającego czasy komuny molochu, w którym nie było nigdy pieniędzy na nic, a o podwyżce, to można było tylko pomarzyć..Przyznam się, że miejsce to od początku mojej pracy działało na mnie bardzo depresyjnie, obecnie też wiem, że zawód który wykonywałem wtedy kompletnie nie był zgodny z moimi zainteresowaniami..Właściwie między Bogiem, a prawdą to na ten czas sam nie wiedziałem co chce w życiu robić, można też powiedzieć, że pod względem osobowościowym „nie istniałem” jako w pełni samodzielnie myśląca, niezależna, kreatywna, decydująca o sobie jednostka, podejmowałem chaotyczne decyzje lub w oparciu o to, co mówili inni, „mądrzejsi”..

Nowa praca okazała się pod pewnymi względami o wiele bardziej wymagająca, od poprzedniej, nawet niewdzięczna w porównaniu, do reszty zawodów, lecz same warunki, miejsce, lokal, pracownicy zupełnie jakby z innej „bajki”..Wszystko nowsze, czystsze i bardziej nowoczesne, nawet ludzie zdecydowanie młodsi..cdn

Uzależnienie od leków uspokajających – wspomnienia z terapii cd..cz I

uzależnienie od leków

Przepraszam, za kolejną przerwę w pisaniu, jak widzę taki rodzaj mojego wstępu staje się powoli jakaś normą, co mnie trochę martwi:(.., na swoje usprawiedliwienie mam to, że dostałem kolejną propozycję podzielenia się swoimi doświadczeniami w artykule traktującym o uzależnieniach od benzodiazepin, przygotowanym dla jednego z pism – Tygodnik WPROST wydanie 10/2016 (1727) Tekst autorstwa Katarzyny Szydłowskiej – Kalukin ukazał się zarówno w wersji papierowej gazety, jak i elektronicznej (tutaj..) i moim zdaniem jest naprawdę fachowy i przede wszystkim prawdziwy..niestety. Wiele czasu zajmuje mi także korespondencja z Wami i choć bardzo sobie ją cenie, to nie na wszystkie maile jestem w stanie odpowiedzieć, za co z góry przepraszam!

Przechodząc już do wpisu chciałbym dzisiaj przedstawić ciąg dalszy moich wspomnień:

Po pobycie w szpitalu Komorów (przełom 1998-1999 r) jeździłem jeszcze kilka razy do Pani doktor M., która, jak już wspomniałem, przez okres pobytu miała mnie pod swoją opieką.. Spotkania odbywały się w jej domu, również w Komorowie. Nie była to jednak żadna terapia, tylko konsultacje w sprawie leków, tych dozwolonych, Pani dr M. była specjalistą psychiatrą.. Jak wspomniałem w ostatnim wpisie o Komorowie przyjechałem do ośrodka na dawce 20 mg Clonazepamu / dzień (!!), a po 3-4 miesiącach pobytu, terapii „wypuszczano” mnie na 1 mg „Clona”/dzień, uzasadniając ten fakt w ten sposób (słowa lekarza), że taka ilość leku już mi nie zaszkodzi i właściwie nie ma już wielkiego znaczenia.. To stwierdzenie Pani doktor argumentowała to tym, że są ludzie, którzy biorą ten lek na padaczkę w takiej dawce do końca życia (Clonazepam to stary lek przeciwpadaczkowy) i nic się nie dzieje..

Nie pamiętam już, czy ja sam nie chciałem, nie byłem gotowy odstawić leku do zera i o tym lekarzowi wspomniałem (?), czy to lekarz psychiatra lub ktoś z grona terapeutycznego „wyczuł” między wierszami, że na ten czas to może być duży problem dla mnie i nie jestem gotów (?) nie wiem, w każdym bądź razie nikt nie namawiał mnie na całkowitą abstynencję..

Podejrzewam, że 7 tabletek Clonazepamu odstawiono mi od razu, dlatego, że nikt z kadry lekarskiej w szpitalu, będący przy zdrowych zmysłach, raczej nie miał ochoty brać odpowiedzialności, za wydawanie mi takiej ilości leków dziennie! No bo jakbym tak z jakiegoś powodu „ kopnął w kalendarz” (?) Wprawdzie ciało cierpiało, ale dawałem radę.., powtórzę się i powiem, że 6 mg Clona to i tak spora dawka leku, akceptowalna przez psychikę, ten fakt pozwalał mi pozostawiać wtedy w jako takiej równowadze..

Czy rzeczywiście 1 mg Clonazepamu / dzień już nie zaszkodzi uzależnionemu i można go brać nawet do śmierci (?).. Wg mojej aktualnej wiedzy odpowiedź na to pytanie jest dyskusyjna, pewnie inaczej odpowiedziałby lekarz, nie znający specyfiki, ani psychicznych mechanizmów uzależnienia, inaczej terapeuta uzależnień, inaczej zwykły psycholog (?). Można by zadać sobie drugie, analogiczne pytanie, czy 1 kieliszek alkoholu dziennie pity regularnie nie zaszkodzi alkoholikowi? pewnie z medycznego punktu wiedzenia nie, ale wszyscy wiemy jak to później bywa, w przypadku osoby uzależnionej od alkoholu

Owszem, fakt są ludzie, którzy przyjmują stałe dawki tego specyfiku do końca życia z powodu padaczki, lecz moim zdaniem to zupełnie inna „bajka”, ponieważ nie są to ludzie uzależnieni w sensie psychologicznym od substancji, ludzie z zaburzeniami osobowości, jakimiś problemami emocjonalnymi, cierpiący na stany lękowe, napady paniki, depresje pochodzenia psychogennego, lecz ludzie z epilepsją, czyli chorobą pochodzenia organicznego, uważam, że to zupełnie co innego..

Aktualnie sądzę, że stopniowe dążenie do całkowitej abstynencji, uzyskanie jej i utrwalanie jest stanem wprawdzie trudno osiągalnym i często poprzedza ją sporo walki z sobą, z swoimi słabościami, ale pożądanym i jest to o tyle lepszy stan, niż częściowa abstynencja, że o wiele trudniej jest sięgnąć wtedy po lek np w trudnych chwilach i się z tego łatwo rozgrzeszyć, niż gdy się przyjmuje stale 1 mg lub 0,5 mg benzo i ma się pigułki fizycznie na wyciągnięcie ręki, w domu, apteczce, w torebce..

Z swojej korespondencji mailowej wiem, że jest też grupa ludzi, która bierze leki w niskiej, terapeutycznej dawce, takiej jak zalecił lekarz, przez lata nie mając potrzeby jej zwiększania i nie są to ludzie cierpiący na padaczkę, lecz stany lękowe..Dlaczego jedni ludzie muszą brać coraz więcej, a inni przez lata biorą tyle samo (?) od czego to zależy (?) nie wiem.. Jak podaje w swoim słynnym już artykule prof. H. Ashton [tutaj..] uzależnienie od leków może objawiać u osób cierpiących na to schorzenie na dwa podstawowe sposoby, jako uzależnienie od stale rosnących i wysokich dawek, oraz uzależnienie od stałych, niskich, terapeutycznych dawek, czy któreś z tych dwóch rodzajów uzależnienia jest lepsze, od tego drugiego (?)

Osobiście przestrzegam, przed takim myśleniem..Wprawdzie, im leku jest mniej, tym trzeźwiej, bo dawka niska,więc lepiej, a sam lek po pewnym, zwłaszcza dłuższym okresie też już fizycznie zapewne nie działa, bardziej tu odgrywają rolę uwarunkowania i uzależnienie psychologiczne lecz gdy leku zabraknie tak samo się „wali świat”, często tak samo trudno jest go odstawić, jak to jest w przypadku uzależnienia od wyższych dawek..

Czasem tak się zastanawiam, czy w przypadku ludzi uzależnionych od alkoholu nie jest podobnie (?) tzn część z nich pije dużo, czasem na umór, do nieprzytomności, a są tacy nie mają takiej potrzeby, co piją 1-2 drinki ale codziennie, regularnie i też popadają w uzależnienie..

W przypadku benzodiazepin moim zdaniem oba rodzaje uzależnień tak samo blokują procesy poznawcze, ponieważ człowiek nie podejmuje właściwego leczenia, gdyż terapia (psychoterapia) staje się mu nie potrzebna, nie szuka jej, co pewnie by zrobił, gdyby nie dostał benzodiazepin i czuł się nadal źle, lecz jako, że na lekach „jakoś” jest, a na początku nawet super, nie robi nic w tej sprawie, nie usuwa przyczyn problemów, nawet jak dokona czegoś w życiu sam, co mogłoby podnieść jego poczucie wartości, to i tak myśli, że zawdzięcza to lekom..

W kolejnym wpisie dotyczącym mojej przeszłości postaram się wspomnieć o pewnych innych czynnikach, które sprawiły, że po powrocie z ośrodka wróciłem do nałogu cdn..

Nawrót choroby nałogowej cz. II

unhappy-389944_1280-crop (1) (1)

No to mamy listopad, czyli jesień w pełni.. ponoć trudny okres dla osób neurotycznych, lękowych, depresyjnych, dlaczego (?).. ano pewnie dlatego, że pogoda się psuje, za oknami robi się szybko ciemno..

Roślinność traci swój piękny koloryt, znika zieleń, liście spadają z drzew, widać gołe, suche gałęzie, wszystko na zewnątrz obumiera, no i wiadomo, brak słoneczka.. Choć bywa tak, że czasem się ono pojawia, ale już nie tak często. Wprawdzie jest na świecie bardzo wielu entuzjastów jesieni, ale ja zdecydowanie do nich nie należę (przynajmniej na razie). Ciemno za oknami, to od razu ciemniej w głowie, co przekłada się czasem na to, że jest ciemniej w emocjach, uczuciach, sercu..

Jak sobie z tym radzę (?). jeszcze nie tak dawno „ulegałem” tym szarościom, łapałem jakieś„zawiasy”, mniejsze, większe dołki, doły, bywało, że snułem się po ciemnym mieszkaniu nawet nie zapalając światła.. Teraz staram się jakoś nie dawać i wbrew polityce oszczędnościowej w moim mieszkaniu oświetlać mocno te miejsca gdzie przebywam, dobrze jest też słuchać radia, lub włączyć telewizor (podobno), choć by tylko po to, by „rozbroić” ciszę, szczególnie wtedy, gdy np. jesteśmy w domu sami..

Słyszałem też, że ogólnie w okresie jesienno-zimowym dobrze jest nie żałować sobie światła, to po 1. (ponoć są nawet jakieś terapie, podczas których naświetla się pacjentów specjalnymi lampami), po 2. myślę, że warto sobie też znaleźć jakąś aktywność fizyczną w domu lub poza nim, fitness, siłownia, basen, spacer (ja planuję, oby na planach się nie skończyło), no i wiadomo, jak ktoś nie ma problemów w kontaktach z ludźmi, to przebywać jak najwięcej wśród nich, by zwalczać samotność, jak ktoś ma (tak np. jak ja – fobik społeczny) robić wszystko,by tą przykrą, smutną rzeczywistość jakoś zmienić.. to tyle o jesieni..

Witam po dłuższej przerwie (i od razu startuję z dwoma wpisami) spowodowanej zmianami na moim blogu.. ”zamontowałem” nowy szablon (szatę graficzną), który jest dość skomplikowany i wymagał ode mnie laika kilkunastu godzin przestudiowania, rozwijam też trochę swoją podstronkę kulinarną, niedługo też powinien ukazać się artykuł o lekomanii między innymi z moim skromnym (anonimowym) udziałem, moja historia i historia pewnej kobiety, nasze wynurzenia i refleksje ..

Jest to trochę, powiedzmy, tak jakby wspólne „dzieło” reportersko – bloggerskie 🙂 stworzone dzięki inicjatywie i uprzejmości Pani dziennikarz Anety Wawrzyńczak..

W której to będzie gazecie (?) jeszcze nie wiadomo, która go zechce (?) Pani Aneta jest reportażystką – freelancerem, pożyjemy, zobaczymy..

Za ok 1 tydzień ma także być emitowany program w TVN Style (Miasto Kobiet) o lekomanii, ponoć z udziałem ludzi uzależnionych od leków i specjalistów – też byłem zaproszony, ale odmówiłem – za to „dałem się nagrać” przez telefon i ponoć zostanie puszczony fragment tejże rozmowy + pokazana na wizji moja stronka lekomaniablog.pl, tak przynajmniej ma być wg ustaleń i obietnic..

Tak, czy siak jest więc duża nadzieja, że problem lekomanii będzie powoli w Polsce nagłaśniany, bo trzeba przyznać, że w ostatnim czasie zainteresowanie mediów tym tematem znacząco wzrosło.

Kontynuując wątek mojego nawrotu, od momentu, w którym przerwałem w poprzednim wpisie, wspomnę, że w moim przypadku jego przyczyną mogło być jedno i drugie, czyli z jednej strony czarne wizje z piętrzącymi się (głównie w mojej głowie) nadchodzącymi, konkretnymi wydarzeniami, jak również monotonia, zniechęcenie brakiem (w moim odczuciu), konkretnych, zadowalających efektów w leczeniu mojej nerwicy, do tego okres jesienno-zimowy, który jak już wspomniałem dla neurotyka jest zwykle trudny, tak czy siak, o czym już pisałem wzrósł znacząco poziom lęku uogólnionego, manifestujący się u mnie głównie w postaci przykrego

napięcia w różnych partiach ciała (wzmożony bolesny zacisk szczęk, ból w podbrzuszu, drętwienie rąk i nóg)..

Wiedząc, że nie mogę przyjmować benzodiazepin zacząłem podświadomie szukać ulgi w różnych zwykłych tabletkach przeciwbólowych typu pyralgina, metafen łudząc się, że to w ogóle coś pomoże, jak również w niby nieuzależniającej Hydroksyzynie (lek uspokajający z innej grupy, niż benzodiazepiny, który 1-2 razy w roku stosowałem, gdy musiałem pojechać np. do banku, ZUS-u)..

Jednakże zacząłem jej konkretnie nadużywać, tzn na własną rękę, bez zaleceń lekarskich przyjmować codziennie, na początku 25 mg, później dawka wzrosła do 50 mg/ dzień..

Czasem też łykałem lek przeciwbólowy w połączeniu z Hydroksyzyną, taki „mix”, czyli typowe zachowania człowieka uzależnionego, testowanie, eksperymentowanie z substancjami w celu uzyskania jak najlepszego „efektu”!

Jednakże tak naprawdę ani te leki przeciwbólowe, ani Hydroksyzyna nie pomagały, gdyż zdałem sobie po miesiącu sprawę (na terapii), że tak naprawdę, to szukam podświadomie w nich rozluźniającego, miorelaksacyjnego działania, mojego „ulubionego”, lecz zabronionego mi Clonazepamu ! Wiedziałem, że tego ostatniego mi nie wolno, więc szukałem podświadomie ulgi w innych lekach.. Pisząc o nietypowości mojego nawrotu miałem na myśli to, że oprócz chemii, nieświadomych poszukiwań tabletkowych, zacząłem również uciekać w internet, netoholizm (uzależnienie behawioralne)..

Ten rodzaj uzależnienia może szczególnie grozić osobom cierpiącym na fobię społeczną lub agorafobię, takim jak np ja, które „utkwiły” w domu i próbują sobie coś rekompensować, lecz bynajmniej nie chodzi tu o cały internet, tylko pewną jego część jak np. portale społecznościowe, fora, chaty, gry online, gry komputerowe, strony XXX i inne aspekty (więcej na ten temat znajdziesz na mojej podstronie (netoholizm)..

Wielokrotnie ulegałem „zassaniu” w wirtualną rzeczywistość, wirtualne kontakty, dyskusje na forach internetowych, jakich jest cała masa w sieci, które odciągały moją uwagę, a wszystko po to, aby uciec od cierpienia, czy monotonii, które wtedy przeżywałem, od czarnych scenariuszy, które w głowie budowałem dodatkowo wspierając się w/w lekami, które jednak nie pomagały, bo bolesne napięcie jest wynikiem objawów lęku, powodujących skurcz mięśni szkieletowych, a nie np. ich stanu zapalnego, a po Hydroksyzynie robiłem się tylko zamulony i ospały, traciłem ochotę do robienia czegokolwiek, szedłem spać, dodatkowo hydroksyzyna wzmaga apetyt, co dla mnie cukrzyka jest ostatnią potrzebną rzeczą.. 

Wstyd powiedzieć, ale kilka razy próbowałem eksperymentów z Haloperidolem (stary, pełen „uboków” neuroleptyk), wmawiając sobie, że skoro ten lek był stosowany w psychiatrykach jako „farmakologiczny kaftan bezpieczeństwa”, to mnie on jakoś uspokoi, otumani, pozwoli przetrwać trudne chwile, do nadchodzących wydarzeń, lecz później, jak się „wyspowiadałem” ze swoich ekscesów psychologowi i pani doktor psychiatrze, to się tylko uśmiechnęła pod nosem i powiedziała mi, że ten ostatni lek, to bardzo ciężki lek i jednym z jego ubocznych działań są często stany spastyczne nadmiernego napięcia mięśni, czyli zasadniczo zamiast polepszyć, to mogłem sobie bardzo pogorszyć i tylko nasilić objawy, a ponoć mówi się, że głupota nie boli, czy aby na pewno (?)..Na szczęście wziąłem ten lek tylko kilka razy w najmniejszej możliwej dawce i to podzielonej na pół, a później resztę spuściłem w muszli klozetowej..

Na szczęście, wszystko skończyło się w miarę szczęśliwie, ale niestety jakiś czas dochodziłem do siebie, bo tak się zabunkrowałem w domu, spędzając większość czasu albo przy komputerze albo koncentrując się na podstawowych obowiązkach domowych, że później jak już wyszedłem, drażniły, przytłaczały mnie zewnętrzne bodźce, światło, ruch, hałas coś co już zasadniczo miałem unormowane..

Nawrót choroby nałogowej cz.I

rain-122691_1280-crop-TEN

W którymś z ostatnich wpisów obiecałem wspomnieć coś o swoim jesienno-zimowym nawrocie, którego nierzadkie pomruki wciąż odczuwam..Na ten okres (nawrót) zapał do leczenia fobii społecznej i agorafobii osłabł, praca nad leczeniem nerwicy wyraźnie ustała, zastój, „martwica”, znaczące pogorszenie samopoczucia, wzrost poziomu lęku, przykrego napięcia mięśniowego, które z umiarkowanego, stało się uciążliwe..

Ale zanim o tym chciałbym na początku wnieść kilka pozytywów i parafrazując słowa piosenki Wojciecha Cugowskiego a po nocy przychodzi dzień, dodać od siebie, że po jesieni, zimie, przychodzi lato, tak i pewne problemy, które czasem się nam piętrzą wydając się nie do rozwiązania pryskają jak bańka mydlana okazując się drobnostką, „małym pajączkiem”, którego rzucał duży cień z oddali i zdawał się być potworem..

 – Walka z fobią społeczną

Tak więc lato w pełni, a ja mam za sobą już parę kilku kilometrowych wycieczek rowerowych po mieście, na moim ulubionym, „srebrnym szerszeniu”, z kołami 28” i aluminiową ramą (wspominałem o nim już wcześniej), jest to z jednej strony prawdziwa przyjemność, o której od dawna marzyłem, z drugiej punkt psychoterapii, zadanie, które mam regularnie co 2-3 dni wykonywać..Od razu powiem, że nie jest, ani nie był to żaden przymus, a mój własny pomysł, tj. ja wyraziłem chęć i gotowość, terapeuta „przyklepał”:), namawiał, by iść „za ochotą”, lecz ostrzegał przed nadmierną brawurą i ciągotami, by nadrobić stracony czas.

Druga rzecz, zmieniłem pory spacerów z psem z późno wieczorowej, na dzienną, ok 16.00, wcześniej, co tu dużo mówić, ukrywałem się w ciemnościach przed ludźmi, których jest sporo, bo mieszkam w samym środku największego blokowiska, w dodatku blisko centrum miasta

Chce wspomnieć jeszcze o jednej miłej rzeczy, która mnie kilka dni temu spotkała, otóż zapragnąłem nagle wybrać się z rodziną nad wodę, poopalać się choć przez chwilę, nie byłem na żadnym takim wypadzie dobre parę lat.. Rodzina (żona, córka) chętnie podchwyciła mój pomysł i następnego dnia wyruszyliśmy samochodem wszyscy nad małe jeziorko, przystosowane, przez lokalnych, kreatywnych, do kameralnego wypoczynku..

Nieduży lasek, a za nim kąpielisko, kawałek piaszczystej plaży,  jakiś lokal gastronomiczny z frytkami, grillem, rowery wodne, huśtawki dla dzieci nad wodą, było super, wprawdzie wciąż ukrywam się pod czarnym okularami przeciwsłonecznymi, ale po raz pierwszy od kilku lat kąpałem się w wodzie (bez okularów :)..), przebywałem w sporej grupie ludzi:), odnoszę wrażenie, że dzięki terapii powoli łapie dystans do pewnych spraw, co dla chorobliwego perfekcjonisty jakim byłem jest raczej istotną rzeczą..Dystans do siebie, do ludzi, do świata, do swoich słabości, chorób (fobii, cukrzycy) ich akceptacja paradoksalnie może przyczynić się do szybszego zdrowienia..

  Co to jest nawrót?

Wracając jednak do wątku na początku chciałbym napisać co oznacza pojęcie nawrót (?) Nie zamierzam jednak tu podawać jakichś ścisłych definicji z literatury, postaram się jedynie opowiedzieć własnymi słowami jak ja to rozumiem

Po raz pierwszy spotkałem się z określeniem „nawrót” w całodobowym ośrodku leczenia uzależnienia od alkoholu w Łukowie, w którym kiedyś przebywałem podejmując kolejną próbę leczenia uzależnienia od leków.. Do tego ośrodka odwykowego zostałem kiedyś skierowany przez lekarza psychiatrę, choć nie jestem alkoholikiem, niestety nie było wtedy oddzielnych terapii, ani miejsc do leczenia dla uzależnionych od leków uspokajających (wciąż chyba nie ma)..

Nawrót wg tego co obecnie wiem jak sama nazwa wskazuje jest nawrotem choroby nałogowej po jakimś okresie abstynencji..może to być krótka abstynencja, albo długa, nawet wieloletnia.. Dotychczas z pojęciem nawrotu spotkałem się jedynie w odniesieniu do terapii leczenia alkoholizmu, ale skoro ja nie jestem i nigdy nie byłem alkoholikiem, narkomanem, jestem uzależniony tylko (i aż) od leków uspokajających, i skoro ten stan, wraz z swoimi charakterystycznymi cechami i sygnałami (tzw sygnały ostrzegawcze) dopadł i mnie, i to nie pierwszy raz w ciągu mojej już prawie 7 letniej lekowej abstynencji, pozwala mi to wysnuć przypuszczenie (tezę), że nawrót nie jest stanem zarezerwowanym wyłącznie dla uzależnienia od alkoholu, ale może dotyczyć ogólnie nałogowości, choroby nałogowej w szerszym znaczeniu, bez względu na rodzaj przyjmowanej chemii (?)..

Przy okazji wtrącę w tym miejscu jedną swoją myśl, mianowicie: biorąc pod uwagę całą swoją przeszłość i liczne doświadczenia związane z uzależnieniem od leków uspokajających zaryzykuję i postawię drugą tezę, mianowicie: że ten rodzaj uzależnienia (mam tu na myśli także ludzi z stanami lękowymi, nerwicą, fobią, którzy poszli do specjalisty i uzależnili się nieświadomie na skutek jatrogennego błędu lekarza lub/i własnego zlekceważenia zaleceń), pomimo różnic w pewnych obszarach i swojej specyfiki, na poziomie psychologicznym rządzi się podobnymi, jak nie takimi samymi, podstawowymi mechanizmami, co np. choroba alkoholowa ..Na temat narkomanii, czy innych nałogów, np. behawioralnych nie będę się wypowiadał, bo nie mam żadnych doświadczeń w tym temacie.

Jak już wcześniej wspomniałem nawrót nie oznacza od razu powrotu do łykania tabletek lub do picia alkoholu.. może tak być, ale nie musi..Nawrót w porę zdiagnozowany, wyłapany, uświadomiony, przepracowany może „rozejść się po kościach” nie wyrządzając żadnych szkód.. Nie jest to niestety prosta sprawa, bo na poziomie świadomym jest to trudne do zauważenia, szczególnie u siebie, na szczęście nawrót choroby nałogowej ma to do siebie, że rozwija się zwykle powoli i poprzedzają go tzw sygnały ostrzegawcze, tj pewne zmiany w samopoczuciu fizycznym, psychicznym, zmiany w trybie życia, w stosunkach z ludźmi u człowieka uzależnionego, które jeśli zostaną zignorowane mogą prowadzić to rozwinięcia się, w tym konkretnym przypadku, do myśli i zachowań zmierzających do zdobycia i zażycia leku (zagadnienie sygnałów ostrzegawczych rozwinę w drugiej części cyklu wpisów „Nawrót”)

Mój nawrót zaczął się na jesieni i nie był do końca typowy (o tym za chwilę), związany był z spiętrzeniem kilku trudnych wydarzeń, które czekały mnie w nadchodzącym roku i różnych dodatkowych sytuacji, negatywnych emocji, które wokół nich narosły..Nawrót tworzy się zwykle wokół „czegoś”, z tym że mogą to być konkretne, bardzo trudne wydarzenia życiowe lub w prost przeciwnie, może to być monotonia, szarość dnia codziennego i nuda, którego człowiek uzależniony, przyzwyczajony raczej w trakcie swojego nałogu do skrajnych stanów typu: silna, skrajna emocja (1 ekstremum), złość, gniew, lęk, rozdrażnienie, przerażenie, panika, ekscytacja, – (2 ekstremum) ulga, ale i otumanienie, nadmierna senność, przyćpanie, nie trawi, nie toleruje, ciężej znosi niż normalny, zdrowy, przeciętny człowiek, więc czasem jego psychika podświadomie zatęskni, bo „nałogowa maszynka” włączy się samoistnie..cdn